
McCarthy puknął się w czoło i wciągnął głęboko powietrze.
— Może — wymamrotał — choć ja bym tak nie powiedział.
Profesor przyskoczył do maszyny i zaczaj przygotowywać ją do następnej podróży.
— A teraz przejdźmy do tego, co stało się ze mną. Skoro ty — jako ty I — przeszkodziłeś sobie II w ruszeniu kamienia, tym samym spowodowałeś nie tyle zmianę, ile niezmienność mego położenia. Kamień nie został ruszony, a zatem nie jestem żonaty, nie byłem i, miejmy nadzieję, nigdy nie będę. Tak samo nie jestem już łysy. Ale przez sam fakt twojej podwójnej obecności w przeszłości, na skutek mikroskopijnych przeobrażeń, jakie wywołał twój oddech czy odcisk buta na piasku, nastąpił ciąg przeobrażeń, który sprawił, że moje nazwisko brzmi (i zawsze brzmiało) Roodles, a twoje…
— Może jest McTavish, licho wie — jęknął McCarthy. — Mniejsza z tym! Czy maszyna gotowa?
— Tak, gotowa. — Profesor krzywił się i wyraźnie nad czymś namyślał. — Jedyna rzecz, której nie mogę jeszcze wyjaśnić, to historia z aparatem, który jak mówisz, wziąłem od ciebie. Bo jeżeli ty I, w osobie ciebie II…
McCarthy umieścił prawe kolano tuż koło pleców małego profesora i pchnął.
— Załatwię tę historię, wrócę i już nigdy więcej nawet nie zbliżę się do takiej sztuki!
Nacisnął chronotranzyt. Ostatni rzut oka na profesora zostawił mu niejasne wspomnienie potłuczonych szkieł, pogiętej aparatury elektrycznej i powiewającej z oburzenia białej kępki włosów.
Tym razem zmaterializował się nad samym brzegiem wody.
— Coraz bliżej za każdym razem — mruknął, wysiadając z machiny. — A teraz tylko oddać kartkę i… I…
— O, do jasnej cholery!
Dwóch ludzi boksowało się obok czerwonego kamienia. Byli jednakowo ubrani, mieli te same rysy i budowę fizyczną, a także jednakowo długą i węzłowatą szyję. Walczyli w dziwny sposób, jakby ktoś bił się z własnym odbiciem w lustrze: obydwaj zadawali te same ciosy i robili te same uniki. Stojący bliżej kamienia miał zawieszony na szyi kosztowny miniaturowy aparat fotograficzny; drugi był bez aparatu.
