— Miałem, nawet parę. Tylko miałem też dziurę w spodniach. Gdzieś te groszaki musiały wypaść tu, w tym pokoju.

— Dobrze już, wszystko dobrze, przypuśćmy, że miałeś dwa grosze. W każdym razie zabrałem cię do siebie, poczęstowałem porządnym obiadem i obiecałem zapłacić sto dolarów za jazdę w pierwszej podróży mojej machiny czasu. Czy nie myślisz…

Tss! Tym razem trafiony został kran z gorącą wodą.

— … że powinieneś przynajmniej trochę uważać — W głosie profesora zabrzmiała nutka histerii — kiedy ci udzielam wskazówek zapewniających powodzenie temu doświadczeniu? Czy rozumiesz, jak niebywałe zakłócenia w nurcie czasu może spowodować twój jeden nierozważny krok?

McCarthy wstał nagle, a magazyn komiksów z jaskrawymi ilustracjami spadł na podłogę pokrytą mnóstwem cewek, rurek i arkuszy zapisanych gęsto formułami matematycznymi. Podszedł do profesora, którego przewyższał co najmniej o głowę. Ten ostatni chwycił nerwowo klucz francuski.

— Powiedz pan, panie profesorze — zagadnął z naciskiem — jeżeli pan myśli, że ja jestem za głupi, dlaczego pan sam nie pojedzie, co?

Mały profesorek uśmiechnął się łagodnie.

— No, nie kłóć się już, nie kłóć, Długa Szyjo.

— Gęsia Szyjko. McCarthy Gęsia Szyjka.

— Jesteś najbardziej porywczym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem. Bardziej nawet upartym niż profesor Darwin Willington Walker, kierownik katedry matematyki w Brindlesham. Wbrew niezbitym dowodom, jakie przedłożyłem, profesor Walker upierał się, że machina czasu nie będzie funkcjonować. „Wielkie wynalazki — powtarzał bez przerwy — nie wyrastają z małych paradoksów, a wszelkie mówienie o podróżach w czasie zawsze było i będzie tylko zbiorem małych, mętnych paradoksów”. Wskutek jego uporu uniwersytet odmówił mi dotacji na dalsze badanie i dlatego musiałem przyjechać aż tu, do Karoliny Pomocnej. I wszystko robię za własne pieniądze. — Zamyślił się gniewnie nad brakiem wyobraźni u matematyków i skąpstwem uniwersytetów.



2 из 16