
— Ale pan nie odpowiedział na moje pytanie. Ruddle spojrzał na swego rozmówcę i lekko się zaczerwienił.
— Cóż, chodzi o to, że moja rozprawa o wewnątrzprzemiennych pozycjach jeszcze nie jest gotowa i muszę ją dokończyć. A jakkolwiek wszystko wskazuje, że doświadczenie z machiną zakończy się olbrzymim powodzeniem, nie jest wykluczone, że Walker miał może na myśli jakiś szczegół, który ja… hm… przeoczyłem.
— To znaczy, że ja mogę stamtąd nie wrócić?
— Hm… w pewnym sensie tak. Właściwie nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Sprawdziłem wiele razy wszystkie formuły i są bez zarzutu. Jest tylko nieznaczna możliwość jakiegoś drobnego błędu, że na przykład pierwiastek kwadratowy w którejś formule nie został wprowadzony do ostatniej dziesiętnej…
McCarthy pokiwał głową z miną oznaczającą: „Domyślałem się tego”.
— W takim razie — oświadczył — muszę dostać czek przed wyjazdem. Nie mogę ryzykować, że coś tam nie wyjdzie i pan mi nie zapłaci.
Profesor Ruddle przyjrzał mu się uważnie i zwilżył językiem usta.
— Dobrze, Długa Szyjo, dobrze, oczywista!
— Gęsia Szyjka. Ile razy mam panu powtarzać: McCarthy Gęsia Szyjka? Tylko wypisz pan ten czek na mnie, z moim prawdziwym imieniem.
— To znaczy?
— Co? No tak, muszę panu chyba powiedzieć. Tylko niech pan tego nie rozgaduje. Na imię mam — głos ogromnego włóczęgi przeszedł w cichy szept — na imię mam Galahad.
Fizyk umieścił podpis na zielonej kartce, wyrwał ją z książeczki i wręczył McCarthy’emu. „Bank Buraczano-Tytoniowy Karoliny Pomocnej wypłaci na żądanie Galahada McCarthy’ego sto dolarów i 0 centów”.
Ruddle odczekał, aż czek został głęboko ukryty w wewnętrznej kieszeni starożytnego swetra, po czym sięgnął po kosztowny miniaturowy aparat fotograficzny i zawiesił go na szyi swego pracownika.
