
McCarthy westchnął i nacisnął dźwignię, zatrzaskując drzwiczki przed spoconą łysiną profesora. Znajdował się na wybrzeżu tej samej wysepki. Zaczekał chwilę, nim otworzył drzwiczki, gdyż nie opodal ujrzał zarysy dziwnego przezroczystego przedmiotu. Druga machina czasu, a przy tym taka sama jak jego.
— Mniejsza z tym. Profesor wytłumaczy mi później.
Ruszył brzegiem w stronę kamienia. Nagle zatrzymał się i stanął jak wryty.
Kamień leżał przed nim w pozycji, w jakiej go zapamiętał, zanim go przesunął. Ale z kamieniem mocował się jakiś człowiek, wysoki, chudy, żylasty, w wypłowiałym swetrze i welwetowych spodniach.
Po chwili McCarthy przyszedł do siebie.
— Hej, ty tam przy kamieniu! Nie ruszaj go! Nie trzeba go ruszać! — Popędził szybko w tę stronę.
Nieznajomy odwrócił się. Miał najokropniejszą twarz, jaką McCarthy widział kiedykolwiek w życiu, a szyję śmiesznie długą i cienką. Uważnie przyjrzał się McCarthy’emu. Sięgnął do kieszeni i wpakował w usta żujkę tytoniu.
McCarthy sięgnął do kieszeni i wydobył identyczną żujkę. Żuli teraz obydwaj i patrzyli na siebie. A potem jednocześnie splunęli.
— Co znaczy, nie ruszać? Profesor Ruddle kazał mi go właśnie poruszyć.
— A właśnie że nie. Profesor Ruddle dopiero co powiedział, żeby go nie ruszać. I profesor Guggles też — dodał McCarthy z tryumfalną miną. Tamten przyglądał mu się przez chwilę, poruszając szczęką niczym jakimś dziwacznym kołem zębatym. Oczy obiegły całą postać McCarthy’ego. Wreszcie splunął z pogardą, odwrócił się do kamienia i zaczął go podważać.
