
McCarthy westchnął i położył mu dłoń na ramieniu. Odwrócił go do siebie.
— Po co to robisz? I czemu się tak upierasz, chłopie? Będę musiał cię stąd wywalić.
Tamten, z tym samym co przedtem pustym wyrazem twarzy, zamierzył się, chcąc McCarthy’ego poczęstować potężnym kopniakiem. McCarthy z łatwością uniknął ciosu. Stara sztuka, sam wypróbował ją dziesiątki razy. Szybko trzasnął przeciwnika w szczękę. Ów dał nurka, cofnął się i zaraz przyskoczył z zaciśniętymi pięściami.
Był to idealny moment dla zastosowania słynnego raz dwa McCarthy’ego. Zamierzył się lewą, udając, że celuje całą siłą w żołądek tamtego. Zauważył przy tym, że jego przeciwnik robi też jakiś dziwaczny gest lewą. Wtem, jakby znikąd, trzasnął tamtego straszliwym prawym sierpowym.
Prosto w…
… w pępek. McCarthy poderwał się i otrząsnął z zaskakującego uderzenia. W oczach wciąż jeszcze latały mu świeczki. Cios obmyślił dobrze, ale…
Ale to samo zrobił i tamten!
Siedział teraz opodal McCarthy’ego i oprzytomniawszy nieco powiedział:
— Jesteś najbardziej uparty drań, jakiego widziałem! Gdzieś ty się nauczył mojego chwytu?
— Twojego chwytu?! — Zerwali się obaj jednocześnie i patrzyli na siebie płonącymi oczyma. — Słuchaj chłopie, to mój własny, popisowy, niedzielny chwyt, opatentowany na wszystkie okazje! No, ale daleko z tym nie zajedziemy.
— Nie, nie zajedziemy. Co teraz zrobimy? Mogę się z tobą bić choćby i milion lat. Ale dostałem forsę za ruszenie tego kamienia i muszę go ruszyć.
McCarthy sięgnął po nową żujkę.
— Słuchaj, chłopie. Mówisz, że dostałeś forsę za ruszenie kamienia od profesora Ruddle’a czy Gugglesa, czy jak on się tam teraz nazywa. A czy zgodzisz się zaczekać spokojnie i nic nie ruszać, a przez ten czas ja pojadę do niego i przywiozę ci kartkę, żeby nie ruszać kamienia, a czek możesz zatrzymać? Dobra?
Obcy przeżuwał żujkę i spluwał raz po raz. McCarthy patrzył z podziwem, że obaj robią to w dokładnie tym samym czasie i plują dokładnie na tę samą odległość. Ostatecznie, może i niezły z niego chłop, żeby nie był taki uparty! Ciekawe, że ma na sobie taki sam aparat, jaki McCarthy’emu dał stary Ruddle.
