
Nie, to wcale nie tak, że jestem z nieodpowiednim mężczyzną, a ten drugi to taki wymarzony, nierealny święty ON z pewnej książki. Ja wcale nie żyję resztkami miłości, ja ją dopiero w sobie gromadzę. Ten inny po prostu mi się przydarzył, wcale nie jest na wszelki wypadek, gdyby mi nie wyszło. Nie boję się mojej przyszłej samotności. Nie może być gorszej samotności niż ta, którą przeżywam obecnie. Obok mojego męża. Po prostu źle trafiłam. Zakochałam się w nim, gdy miał trzydzieści cztery lata. Lata pomiędzy trzydziestym trzecim a trzydziestym dziewiątym rokiem życia to chyba najgorszy etap w życiu mężczyzny. Koniecznie chce osiągnąć sukces, ciągle mu mało, stale musi coś udowadniać, jest narcystyczny, nie toleruje żadnej krytyki, kolekcjonuje każdy dowód uznania, nie rozróżniając tych prawdziwych i tych udawanych. Pragnie osiągnięć, atrybutów władzy, pieniędzy, a jeśli już nie domu, to chociaż działki pod niego, udanych dzieci, atrakcyjnej żony, seksu opisywanego w kolorowych gazetach, wakacji w bajecznych krajach i samochodów zagrożonych największym ryzykiem kradzieży. Chce być szczupły, ale jednocześnie jadać regularnie w najlepszych restauracjach. Chce podobać się wszystkim: szefowi, łowcom głów, do których w tajemnicy wysyła swoje CV, sprzedawczyni z kiosku z gazetami, teściowej, dziewczynie z dużym biustem w swoim banku, nawet żebrakowi siedzącemu przed barem mlecznym.
