
Gabriel zauważył, że uratowany drży na całym ciele. Trudno jednak powiedzieć, czy z zimna, czy z emocji.
Urządzili posłanie w pustym jeszcze salonie Petera i Jenny. Kroki i głosy odbijały się echem od ścian.
– Mój syn – szepnął czarnoksiężnik.
– Spróbujemy odnaleźć go później – obiecał Nataniel. – Najpierw jednak musimy, się zająć tobą. Nasi przyjaciele chcą się podzielić jedzeniem, a poza tym musimy sprowadzić lekarza, żeby opatrzył rany.
Marco potrząsnął głową. Chciał coś powiedzieć, ale czarnoksiężnik go uprzedził:
– Dolg. Mój syn, Dolg. Czas nagli!
– Chyba nie ma się co tak bardzo śpieszyć – rzekł Nataniel łagodnie. – W końcu minęło parę lat…
Czarnoksiężnik rozejrzał się po pustym pokoju, patrzył na nowoczesne okna i pokryte boazerią ściany. Zdawało się, że nie ma odwagi zadać pytania. W końcu jednak się zdecydował:
– Ile lat?
– Teraz mamy rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty.
W milczeniu, z wyraźnym trudem, liczył. W końcu szepnął zrozpaczony:
– Dwieście pięćdziesiąt lat. Och, Dolg, Dolg!
– On też jest nieśmiertelny, prawda? – zapytał Marco.
– Tak, chyba tak. Kamienie. Święte Słońce. Proszę mi wybaczyć, z pewnością nie rozumiecie, o czym mówię – starał się opanować. – Dziękuję wam za uratowanie. Nazywam się Móri. Pochodzę z rodu islandzkich czarnoksiężników.
A więc tak! Więc mimo wszystko mieli rację! Witali się z uratowanym i wymieniali swoje imiona.
– Ludzie Lodu – uśmiechnął się blado. – Tak, już kiedyś nam pomogliście. Sol. Tengel Dobry. Villemo…
– Co nieco na twój temat słyszałem – powiedział Nataniel. – Podczas naszej ostatniej walki spotkałem Sol i wspomniała mi, że kilkoro naszych krewnych pomogło w osiemnastym wieku rodzinie jakiegoś czarnoksiężnika.
Pozostali spoglądali po sobie zdumieni. Owa Sol musiała być niepospolitą, a teraz również posuniętą w latach damą!
