Nataniel usiadł na suchej ziemi pod sosną, objął rękami kolana, oparł kark o szorstką korę drzewa i zamknął oczy.

– Marco – szeptał w nocnej ciszy, zakłócanej jedynie szumem deszczu – Marco, słyszysz mnie? To ja, Nataniel, cię wzywam, potrzebuję twojej pomocy, możesz do mnie przyjść?

Cisza. Znikąd żadnego dźwięku, tylko ten monotonnie szemrzący deszcz, żadna odpowiedź nie pojawiła się w głowie Nataniela.

Spróbował znowu.

– Znajdujemy się w zachodniej Szwecji…

Następnie podał wszystkie informacje, dotyczące tego miejsca, opowiedział, co jego zdaniem kryje się pod porośniętym mchem usypiskiem kamieni.

Potem siedział jeszcze przez jakiś czas, aż poczuł, że morzy go sen. Wtedy wrócił do hotelu, na palcach wszedł do pokoju i położył się obok śpiącej Ellen, wciąż nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Nie otrzymał przecież żadnej odpowiedzi. Z drugiej jednak strony… O ile dobrze pamiętał stare opowieści, Marco nigdy nie zjawiał się natychmiast. Nie był istotą na tyle nadprzyrodzoną, by poruszać się wyłącznie za pomocą myśli, z prędkością światła. Marco potrzebował trochę czasu. Jego sposób przenoszenia się z miejsca na miejsce był bardziej ludzki, choć oczywiście nie do końca. Przemieszczał się dużo szybciej niż zwyczajni śmiertelnicy.

Nataniel spojrzał na śpiącą spokojnie Ellen i przepełniła go czułość. Dobrze pamiętał straszne przeszkody, które nie pozwalały im być razem. On, wybrany Ludzi Lodu, nie miał prawa tracić czasu na miłość. Ona natomiast kochała go tak bardzo, że gotowa była ofiarować życie, by móc mu pomagać. Jak to się stało, że w końcu mogli się połączyć…?

Tak dawno temu. A zarazem tak niedawno. Spędzili ze sobą trzydzieści pięć dobrych lat.

Teraz znowu rozpoczyna się gra. Z niepokojem zastanawiał się, do czego może ich to doprowadzić.

Nie chciał, żeby ta nowa sprawa rozdzieliła go z Ellen. Nie zniósłby jeszcze jednej rozłąki.

Ale też rzecz mogła okazać się całkiem prosta i wkrótce wszystko się wyjaśni. Zawsze trzeba mieć nadzieję.



7 из 206