
— Uhm… — zaczął Mort. — Mortimer… proszę pana. Wołają mnie Mort.
CO ZA ZBIEG OKOLICZNOŚCI. POMÓŻ MI WSTAĆ.
Szkielet podniósł się ostrożnie i otrzepał płaszcz. Mort zauważył, że na biodrach nosi szeroki pas, u którego wisi miecz z białą rękojeścią.
— Mam nadzieję, że nic się panu nie stało — zauważył grzecznie.
Czaszka wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Oczywiście, pomyślał chłopiec, nie miała specjalnego wyboru.
NIC POWAŻNEGO. JESTEM PEWIEN.
Szkielet rozejrzał się i chyba dopiero teraz dostrzegł Lezeka, który robił wrażenie skamieniałego. Mort uznał, że powinien go przedstawić.
— Mój ojciec — poinformował, wsuwając się między Lezeka a eksponat A. Dyskretnie, żeby go nie urazić. — Przepraszam pana, ale czy jest pan Śmiercią?
ZGADZA SIĘ. BRAWA ZA SPOSTRZEGAWCZOŚĆ.
Mort przełknął ślinę.
— Ojciec jest dobrym człowiekiem — oświadczył. Pomyślał chwilę. — Dość dobrym — uzupełnił. — Wolałbym, żeby go pan zostawił, jeśli nie robi to panu różnicy. Nie wiem, co mu pan zrobił, ale proszę, żeby pan przestał. Nie chciałem pana obrazić…
Śmierć cofnął się i przechylił czaszkę w bok.
PO PROSTU PRZENIOSŁEM NAS CHWILOWO POZA CZAS, wyjaśnił. NIE ZOBACZY I NIE USŁYSZY NICZEGO, CO MOGŁOBY GO PRZESTRASZYĆ. NIE, MÓJ CHŁOPCZE, PRZYBYŁEM TU PO CIEBIE.
— Po mnie?
POSZUKUJESZ PRACY?
Morta olśniło.
— Szuka pan ucznia?
Oczodoły zwróciły się ku niemu, a w ich głębi rozbłysło magiczne światło.
OCZYWIŚCIE.
Śmierć skinął kościstą dłonią. Spłynęła fala fioletowego blasku — coś w rodzaju wizualnego „brzdęk” — i Lezek wrócił do życia. Figurki zegara nad jego głową podjęły swe dzieło głoszenia północy. Czas mógł znowu powrócić. Lezek zamrugał.
— Przed chwilą jeszcze was tu nie widziałem — powiedział. — Przepraszam… Musiałem się zamyślić.
