
ZAPROPONOWAŁEM CHŁOPCU POSADĘ, rzekł Śmierć. WIERZĘ, ŻE ZYSKA TO PAŃSKĄ APROBATĘ.
— Nie dosłyszałem, czym się zajmujecie. — Lezek zwracał się do szkieletu w czarnym płaszczu, nie okazując nawet śladu zdziwienia.
PRZEPROWADZAM DUSZE DO TAMTEGO ŚWIATA, wyjaśnił Śmierć.
— A tak. Rzeczywiście, powinienem się domyślić po ubraniu. Pożyteczna praca, stabilny rynek. Solidna firma?
OWSZEM, DZIAŁA JUŻ OD DOŚĆ DAWNA.
— Dobrze, bardzo dobrze. Nie sądziłem, wiecie, że Mort trafi do takiego fachu, ale to uczciwa praca, uczciwa i zawsze potrzebna. Jak się nazywacie?
ŚMIERĆ.
— Tato… — zaczął Mort.
— Nie słyszałem o takiej firmie — przyznał Lezek. — Gdzie ma siedzibę?
OD NAJWIĘKSZYCH GŁĘBIN MORZA PO ZAWROTNE WYSOKOŚCI, GDZIE NAWET ORŁOM NIE WOLNO SIĘ ZAPUSZCZAĆ.
— To mi wystarczy. — Lezek skinął głową. — No cóż…
— Tato! — Mort szarpnął ojca za rękaw.
Śmierć położył mu dłoń na ramieniu.
TO, CO WIDZI I SŁYSZY TWÓJ OJCIEC, NIE JEST TYM SAMYM, CO WIDZISZ I SŁYSZYSZ TY, rzekł. NIE STRASZ GO. CZY SĄDZISZ, ŻE CHCIAŁBY MNIE ZOBACZYĆ? TO ZNACZY W MOJEJ WŁASNEJ POSTACI?
— Przecież jest pan Śmiercią — zawołał Mort. — Zabija pan ludzi!
JA? ZABIJAM? Śmierć był wyraźnie urażony. NA PEWNO NIE. LUDZIE BYWAJĄ ZABIJANI, ALE TO ICH PRYWATNA SPRAWA. JA WKRACZAM DOPIERO POTEM. PRZYZNASZ, ŻE ŚWIAT BYŁBY ZUPEŁNIE IDIOTYCZNY, GDYBY LUDZIE BYLI ZABIJANI I NIE UMIERALI. PRAWDA?
— Niby tak… — przyznał z powątpiewaniem Mort.
Nigdy w życiu nie poznał słowa „zaintrygowany”. Nie należało do słownika regularnie używanego w jego rodzinie. Ale jakaś iskra w głębi duszy mówiła mu, że dzieje się coś niezwykłego, fascynującego i nie do końca strasznego, a jeśli nie wykorzysta tej okazji, przez resztę życia będzie tego żałował. Przypomniał też sobie poniżenia, jakich doznał dzisiejszego dnia, a także długą drogę do domu…
— Ehm — zaczął. — Nie muszę umierać, żeby dostać tę pracę, prawda?
