
Kiedy Śmierć kroczył wśród tłumów, Mort spodziewał się niemal, że będzie sunął między ludźmi niby dym. Nie miał racji. Śmierć po prostu szedł przed siebie, a ludzie jakoś dryfowali na boki.
Mort nie miał takiego szczęścia. Rozstępująca się przed jego nowym mistrzem ciżba zwierała się znowu akurat na czas, żeby stanąć mu na drodze. Deptano mu po palcach, szturchano w żebra, ludzie próbowali mu sprzedać nieprzyjemne przyprawy albo warzywa o sugestywnych kształtach, a jakaś podstarzała dama stwierdziła — wbrew oczywistym faktom — że wygląda na dojrzałego młodego człowieka, który na pewno chciałby się zabawić.
Podziękował jej grzecznie i zapewnił, że jego zdaniem już teraz dobrze się bawi.
Śmierć dotarł na róg ulicy. Światło pochodni odbijało się jaskrawo od gładkiej kopuły jego czaszki. Wciągnął powietrze. Jakiś pijak zatoczył się blisko i nie całkiem pojmując, dlaczego to robi, ominął go łukiem.
OTO MIASTO, MÓJ CHŁOPCZE, rzekł Śmierć. CO O NIM SĄDZISZ?
— Jest bardzo duże — stwierdził niepewnie Mort — To znaczy… Dlaczego właściwie chcą tu mieszkać w takim ścisku?
Śmierć wzruszył ramionami.
LUBIĘ JE, oświadczył. JEST PEŁNE ŻYCIA.
— Proszę pana…
TAK?
— Co to jest curry?
Błękitne ognie zapłonęły w głębinach oczu Śmierci.
CZY UGRYZŁEŚ JUŻ KIEDYŚ ROZGRZANĄ DO CZERWONOŚCI KOSTKĘ LODU?
— Nie, proszę pana.
CURRY TO WŁAŚNIE COŚ TAKIEGO.
— Proszę pana…
SŁUCHAM.
Mort nerwowo przełknął ślinę.
— Przepraszam bardzo, ale tato mówił, że jeśli czegoś nie rozumiem, to mam pytać.
GODNE POCHWAŁY.
Śmierć maszerował ulicą, a tłumy rozstępowały się przed nim niczym molekuły na losowych orbitach.
— No więc, proszę pana… trudno nie zauważyć… rzecz w tym, że no… rzecz w tym…
WYKRZTUŚ WRESZCIE, CHŁOPCZE.
— Jak pan może jeść?
Śmierć zatrzymał się w miejscu, tak że Mort wpadł na niego. Kiedy próbował coś powiedzieć, mistrz uciszył go ruchem ręki. Zdawało się, że czegoś nasłuchuje.
