
Przyćmiewał ją jednak blask sięgający ku gwiazdom od samej Krawędzi. Potężne strumienie światła falowały migocząc wśród nocy. Wysokie złociste mury otaczały cały świat.
— Piękne — szepnął Mort. — Co to jest?
SŁOŃCE JEST W TEJ CHWILI POD DYSKIEM, wyjaśnił Śmierć.
— I każdej nocy tak to wygląda?
KAŻDEJ. NATURA TAKA JUŻ JEST.
— A czy ktoś o tym wie?
JA. TY BOGOWIE. NIEZŁE, CO?
— Jak nie wiem co!
Śmierć pochylił się w siodle i spojrzał z góry na królestwa tego świata.
NIE WIEM JAK TY, powiedział. ALE JA Z ROZKOSZĄ ZAMORDUJĘ PORCJĘ CURRY.
* * *
Chociaż dawno już minęła północ, w bliźniaczym mieście Ankh-Morpork szalało życie. Mort sądził, że w Owczej Wólce panuje ruch, ale w porównaniu z chaosem na tutejszych ulicach, tamto miasteczko przypominało raczej… hm, kostnicę.
Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.
Stały tam świątynie z otwartymi na oścież wrotami, wypełniając ulice dźwiękami gongów, cymbałów, czy też — w przypadku co bardziej konserwatywnych religii fundamentalistycznych — krótkimi wrzaskami ofiar. Były sklepy, których niezwykłe towary wysypywały się na chodniki. Zdawało się, że jest też sporo przyjaźnie nastawionych młodych dam, których nie stać na porządne odzienie. Były pochodnie, żonglerzy i wszelkiej maści dostawcy natychmiastowej transcendencji.
