Mort jadł żarłocznie, ale powstrzymywał ciekawość i nie przyglądał się, w jaki sposób Śmierć może przyswajać pożywienie. Jedzenie z początku było na talerzu, a potem już go nie było, a zatem można chyba założyć, że w tym czasie coś się z nim działo. Mort miał uczucie, że Śmierć nie robi zwykle takich rzeczy, chce jednak poprawić mu samopoczucie — jak podstarzały wuj, stary kawaler, który dostał siostrzeńca na wakacje i boi się, żeby niczego nie zepsuć.

Inni goście nie zwracali na nich uwagi, nawet kiedy Śmierć oparł się wygodnie i zapalił pięknie rzeźbioną fajkę. Ignorowanie kogoś, komu dym wypływa przez oczodoły, wymaga pewnego wysiłku, wszystkim jednak się to udawało.

— Czy to czary?

A JAK MYŚLISZ, CHŁOPCZE?, spytał Śmierć. CZY RZECZYWIŚCIE TU JESTEM?

— Tak… — odparł niepewnie Mort. — Ja… Przyglądałem się ludziom. Patrzą na pana, ale pana nie widzą. Tak mi się wydaje. Robi pan coś z ich umysłami.

Śmierć pokręcił głową.

ONI SAMI TO SOBIE ROBIĄ, wyjaśnił. NIE MA W TYM ŻADNYCH CZARÓW. LUDZIE NIE MOGĄ MNIE ZOBACZYĆ, PO PROSTU NIE POZWALAJĄ SOBIE NA TO. DO CZASU, NATURALNIE. MAGOWIE MNIE WIDZĄ. I KOTY. ALE PRZECIĘTNY CZŁOWIEK… NIE, NIGDY. Wydmuchnął kółko z dymu. DZIWNE, ALE PRAWDZIWE.

Mort obserwował, jak kółko unosi się ku niebu i wolno dryfuje w stronę rzeki.

— Ja pana widzę — rzekł.

TO CO INNEGO.

Pojawił się klatchiański kelner i położył przed Śmiercią rachunek. Mężczyzna był krępy i smagły, z fryzurą jak orzech kokosowy, który zmienił się w novą. Kiedy Śmierć skinął mu uprzejmie, na jego pyzatej twarzy pojawił się wyraz zdumienia. Potrząsnął głową jak ktoś, komu mydliny zalały uszy. Po czym odszedł.



18 из 217