
Śmierć sięgnął w otchłanie swej szaty i wyjął sporą skórzaną sakiewkę pełną rozmaitych miedzianych monet, w większości pozieleniałych ze starości. Uważnie sprawdził rachunek. Potem odliczył kilkanaście miedziaków.
CHODŹ, powiedział. MUSIMY RUSZAĆ.
Mort podreptał za nim na ulicę, wciąż ruchliwą, choć na horyzoncie pojawiła się już pierwsza sugestia świtu.
— Co teraz zrobimy?
KUPIMY CI JAKIEŚ NOWE UBRANIE.
— To było nowe jeszcze dzisiaj… to znaczy wczoraj.
NAPRAWDĘ?
— Tato mówił, że ten sklep znany jest z taniej odzieży. — Mort biegł, żeby nie zostać w tyle.
UBÓSTWO JEST ZATEM JESZCZE BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCE NIŻ SĄDZIŁEM.
Skręcili w szerszą ulicę prowadzącą do bardziej zamożnej części miasta: pochodnie stały tu gęściej, a sterty odpadków w większej odległości od siebie. Nie było straganów ani ulicznych handlarzy, ale solidne budynki z szyldami nad wejściem. Nie były to zwykłe sklepy, ale całe magazyny: miały własnych dostawców, krzesła i spluwaczki. Większość była otwarta nawet o tej porze, jako że typowy ankhiański kupiec nie może spać na myśl o pieniądzach, których nie zarabia.
— Czy tutaj w ogóle nie kładą się do łóżek? — zapytał Mort.
TO MIASTO, odparł Śmierć i pchnął drzwi do sklepu z odzieżą.
Kiedy wynurzyli się stamtąd po dwudziestu minutach, Mort miał na sobie dopasowaną czarną szatę z delikatnym srebrnym haftem, a kupiec patrzył niepewnie na garść antycznych miedziaków i zastanawiał się, skąd je właściwie wziął.
— Jak pan zdobywa te wszystkie monety? — zdziwił się Mort.
PARAMI.
Otwarty całą dobę cyrulik przyciął Mortowi włosy zgodnie z najnowszą modą obowiązującą wśród miejskiej młodzieży. Tymczasem Śmierć rozsiadł się w sąsiednim fotelu i nucił coś pod nosem. Ku swemu zaskoczeniu był w znakomitym nastroju.
Do tego stopnia, że po chwili zsunął z głowy kaptur i zerknął na ucznia cyrulika, który z tym niewidzącym, zahipnotyzowanym wyrazem twarzy, jaki Mort nauczył się już rozpoznawać, zawiązał mu pod szyją ręcznik.
