
Tego szczególnego dnia pędził po polu, wymachiwał rękami i krzyczał.
Ojciec i wuj Morta obserwowali go posępnie z kamiennego murku.
— Nie rozumiem tylko — mruknął ojciec, Lezek — dlaczego ptaki nie odlatują. Ja bym odleciał, gdybym zobaczył, że zbliża się do mnie coś takiego.
— Ach, ciało ludzkie jest cudowną rzeczą. Popatrz, jego nogi fruwają na wszystkie strony, a jednak rozwija całkiem niezłą prędkość.
Mort dotarł do końca bruzdy. Przejedzony gołąb zwlókł mu się wolno z drogi.
— Ale serce ma na właściwym miejscu — zauważył Lezek.
— Aha. Za to nie ma całej reszty.
— I nie bałagani. Nie je dużo.
— Widzę.
Lezek zerknął z ukosa na brata, który pilnie wpatrywał się w niebo.
— Słyszałem, że masz miejsce na swojej farmie, Hameshu — powiedział.
— Tak? Przecież wziąłem parobka, prawda?
— Coś takiego… — mruknął ponuro Lezek. — A kiedyż to?
— Wczoraj — odparł jego brat, kłamiąc z szybkością atakującej kobry. — Umowa zawarta i podpisana. Przykro mi. Wiesz przecież, że nic nie mam przeciwko twojemu Mortowi. To miły chłopak, trudno znaleźć milszego. Tyle że…
— Wiem, wiem. Obiema rękami nie umiałby znaleźć własnego tyłka.
Przyglądali się odległej postaci. Przewróciła się. Kilka gołębi podeszło bliżej, żeby ją obejrzeć.
— Nie jest głupi, uważam — stwierdził Hamesh. — Nie nazwałbym go głupim.
— Ma tam mózg, to pewne — zgodził się Lezek. — Czasem zastanawia się nad czymś tak ciężko, aż trzeba mu przyłożyć po łbie, żeby zwrócił na ciebie uwagę. Babka, rozumiesz, nauczyła go kiedyś czytać. Sądzę, że to mu przegrzało rozum.
