
Jej myśli wędrowały własnymi ścieżkami, automatycznie, trochę tak jak sny. W głowie jej szumiało, nad niczym nie miała już kontroli.
Moje życie, co ja zrobiłam z moim życiem? dręczyło ją pytanie. Tak wiele pragnęłam, tyle chciałam, a wszystko popadło w ruinę, wszystko…
Tyle miłości gotowa byłam dać, a nikt, absolutnie nikt nie chciał jej przyjąć.
Oko Nocy, bohater mego dzieciństwa i pierwszej młodości. Kiedy przyszło co do czego, wybrał inną.
Z tym ciosem naprawdę trudno było się pogodzić.
Ale właściwie tamta przyjaźń, tamto oddanie odegrało już swoją rolę do końca. Czyż nie dojrzałam do prawdziwszego, silniejszego uczucia, aniżeli uwielbienie dla bohatera? Oko Nocy z upływem lat także się zmieniał, zarówno pod względem wyglądu, jak i usposobienia. Kiedy więc zostałam przez niego odrzucona, odezwała się we mnie raczej urażona duma.
Berengaria spróbowała przesunąć odrobinę jedną stopę w bok, by zmniejszyć choć trochę nacisk na nią, lecz to się nie udało. Jęknęła cicho, tracąc resztki otuchy, nie starczało już jej sil nawet na to, by się złościć.
Zawsze wierzyłam, że będziemy razem, na całą wieczność, ale to były tylko mrzonki młodej dziewczyny. Nigdy nie zdołałabym się podporządkować wszystkim tym plemiennym obyczajom Indian. Na to byłam zbyt samowolna. Niestety, doskonale o tym wiem, bo za dobrze znam samą siebie. Poza tym wszyscy mi to powtarzali.
Co ja zrobiłam ze swoim życiem?
To zresztą jest już bez znaczenia, bo nigdy nie wyjdę stąd żywa.
Wydawało mi się, że zakochałam się w Armasie, ale chciałam chyba tylko zrobić na złość całemu światu, pragnęłam po prostu uciec w inny romans.
Jakaż byłam niedojrzała!
Ale on nie musiał chyba odczuwać obrzydzenia na sam mój widok.
Prawdę powiedziawszy, Armas nigdy nie za bardzo umiał zachowywać się właściwie wobec innych. Ani trochę nie zna się na ludziach.
Mimo wszystko to bardzo bolało. Znów odzywała się urażona próżność.
