
— A pana libido, Orr? W normie?
Namydlą swój wydatny brzuch, a ja rozcieram pieniste kręgi na mojej piersi.
— Owszem, doktorze. A pana? Poczciwy doktor odwraca wzrok.
— Pytałem jako lekarz — wyjaśnia. — Myśleliśmy po prostu, że mogą być z tym jakieś problemy. Ale skoro jest pan pewien… — Jego głos ula tuje, a on wchodzi pod strumień wody, żeby się opłukać.
Czego poczciwy doktor oczekuje? Referencji?
Wykąpani, przebrani i po wizycie w klubowym barze jedziemy windą na poziom, na którym znajdują się pomieszczenia ordynacyjne doktora Joyce’a. Doktor wygląda normalniej w swoim szarym garniturze i różowym krawacie, ale wciąż się poci. W spodniach, jedwabnej koszuli, kamizelce i surducie (niesionym na razie na ramieniu) czuję się odświeżony i spokojny. Winda — skórzane fotele, rośliny w doniczkach — delikatnie szumi, gdy pnie się do góry. Doktor Joyce idzie usiąść sobie na ławce przy jednej ze ścian, koło windziarza, który czyta gazetę. Wyjmuje lekko zszarzałą białą chusteczkę, ociera czoło i pyta:
— Więc co pana zdaniem znaczy ten sen, Orr?
Spoglądam na czytającego gazetę windziarza. Poza nami nie ma nikogo w kabinie, ale wydawało mi się, że nawet obecność obsługującego windę chłopca stanowi dostateczną przeszkodę w czymś, co jak myślałem, miało być poufną wymianą zdań. Właśnie dlatego zmierzaliśmy do gabinetu poczciwego doktora. Wlepiam wzrok w boazerię windy, obite skórą meble i raczej banalne ryciny marynistyczne (i dochodzę do wniosku, że wolę windy z widokiem na okolicę).
— Nie mam pojęcia — odpowiadam. Kiedyś (wydaje się, że sobie to przypominam) myślałem, iż moje sny znaczą dokładnie to, co ma mi powiedzieć doktor Joyce, ale poczciwy doktor wyprowadził mnie z tego błędu jakiś czas temu, gdy jeszcze usiłowałem mieć sny wystarczająco znaczące dla niego, by zaczął nad nimi pracować.
— Ale właśnie o to chodzi — ze znużeniem mówi doktor Joyce — że prawdopodobnie pan wie.
