— Tylko nie chcę panu powiedzieć? — podpowiadam. Doktor Joyce kręci głową.

— Nie, przypuszczalnie nie potrafi pan.

— Po co więc pan pyta?

Winda zwalnia i się zatrzymuje. Poradnia doktora znajduje się mniej więcej w połowie górnej części mostu, w równej odległości od wiecznie zasnutego parą peronu i jednego z często zatopionych w chmurach wierzchołków wielkiej budowli. To człowiek o niemałych wpływach, skoro jego poradnia mieści się na zewnątrz głównej konstrukcji i zapewnia jeden z tych bardzo poszukiwanych widoków na morze. Czekamy, aż otworzą się drzwi.

— Musi pan sobie postawić pytanie — oświadcza doktor — co tego rodzaju sen oznacza w odniesieniu do mostu.

— Mostu?

— Tak — potwierdza skinieniem głowy.

— Nie zdołał mnie pan wyleczyć — wyjaśniam mu. — Nie rozumiem, jaki może istnieć związek między mostem a moim snem.

Kolejne lekarskie wzruszenie ramion.

— Być może sen jest mostem — zastanawia się na głos, gdy rozsuwa ją się wewnętrzne drzwi. Wyjmuje przepustkę, by pokazać ją windzia rzowi. — Być może to most jest snem.

(No cóż, ogromnie mi pomógł). Pokazuję windziarzowi moją szpitalną bransoletkę identyfikacyjną, po czym idę za poczciwym doktorem szerokim, pokrytym wykładziną dywanową korytarzem do jego przychodni.

Bransoletka identyfikacyjna na przegubie mojej prawej ręki to pasek z tworzywa, zawierający jakieś urządzenie elektroniczne wyszczególniające moje nazwisko i miejsce zamieszkania. Określa ona charakter mojego schorzenia, terapię, którą przechodzę i nazwisko mojego lekarza. Na plastykowym pasku wydrukowano moje imię i nazwisko: John Orr. Tak naprawdę to nie są moje personalia; to imię i nazwisko, które otrzymałem od dyrekcji mostowego szpitala, gdy tu przybyłem. John, ponieważ jest często spotykanym, nieszkodliwym imieniem, Orr dlatego, że gdy zostałem wyłowiony z wód falujących wokół jednego z wielkich granitowych filarów mostu, na piersi miałem duże sine stłuczenie, niemal idealnie równe koło odciśnięte na moim ciele (miałem sześć połamanych żeber).



16 из 287