
— Doktorze, jak to miło znów pana widzieć! — mówi. — Dobrze się panu grało?
— O tak — bez entuzjazmu odpowiada doktor, rozglądając się po poczekalni. W pokoju są jeszcze tylko dwie inne osoby: policjant oraz chudy, wyglądający na zmartwionego mężczyzna z obfitym łupieżem. Zafrasowany mężczyzna siedzi z zamkniętymi oczami na jednym z sześciu — chyba — krzeseł poczekalni. Policjant siedzi na nim, popijając kawę z filiżanki. Doktor Joyce ogarnia tę dziwną konfigurację obojętnym spojrzeniem.
— Były jakieś telefony? — pyta Przerażającego Młodego Człowieka, który stoi lekko pochylony, z rękami złączonymi czubkami palców.
— Żadnych pilnych, panie doktorze. Zostawiłem chronologiczny spis na pana biurku, z wstępnym uszeregowaniem według ważności odpowiedzi w porządku wznoszącym na lewym marginesie. Filiżankę herbaty, doktorze? A może kawę?
— Nie, dziękuję.
Doktor Joyce machnięciem ręki każe odsunąć się Przerażającemu Młodemu Człowiekowi na bok i ucieka do swojego gabinetu. Wręczam PMC mój płaszcz, gdy ten mówi:
— Dzień dobry, panie Orr! Czy mogę wziąć pana… Och, dziękuję panu! Dobrze się panu grało, panie Orr?
— Nie.
Policjant dalej siedzi na chudzielcu z łupieżem. Odwraca wzrok z wyrazem zgryźliwości graniczącej z zażenowaniem.
— Boże mój — mówi młody recepcjonista, i wygląda na stroskanego.
— Przykro mi to słyszeć, panie Orr. Może filiżankę czegoś, co pana roz weseli?
— Nie, dziękuję.
Mijam go szybko, by dołączyć do doktora w jego gabinecie. Joyce przegląda listę leżącą pod przyciskiem do papieru na bibularzu imponująco wielkiego biurka.
— Doktorze Joyce, dlaczego w pana poczekalni jest policjant siedzą cy na jakimś mężczyźnie? — pytam.
Patrzy w stronę drzwi, które właśnie zamknąłem za sobą, i mówi:
— Och, to pan Berkeley. Ma typowe urojenia. Ciągle mu się wydaje, że jest meblem.
