Marszczy czoło i stuka palcem w pozycję na liście. Siadam w wolnym fotelu.

— Naprawdę?

— Tak. Jego mniemanie o tym, kim jest, zmienia się z dnia na dzień. Każdemu, kto go pilnuje, mówimy, żeby mu ustępował, gdy to tylko możliwe.

— Rozumiem. Myślałem, że są jakąś minimalistyczną radykalną grupą teatralną. Rozumiem, że pan Berkeley sądzi teraz, że jest krzesłem.

Doktor Joyce marszczy brwi.

— Niech pan nie będzie idiotą, Orr. Przecież nie położyłby pan jednego krzesła na drugim, prawda? Pewnie myśli, że jest poduchą.

— Oczywiście — odpowiadam, kiwając głową. — Czemu strażnik policyjny?

— Och, te urojenia mogą się stać trochę niebezpieczne; co jakiś czas wydaje mu się, że jest bidetem w damskiej toalecie. Zazwyczaj nie jest gwałtowny, po prostu… — Doktor Joyce przez chwilę wpatruje się nieprzytomnie w pasteloworóżowy sufit swojego gabinetu, szukając odpowiedniego słowa, po czym wyławia je z pamięci: — …bywa natarczywy.

— Powraca do studiowania listy.

Odchylam się do tyłu. Podłoga gabinetu doktora Joyce’a jest wyłożona tekowym drewnem i pokryta przypadkowymi dywanami w delikatnych odcieniach i w banalne abstrakcyjne wzory. Z imponującym biurkiem harmonizują dwie wypchane grubymi tomami biblioteczki i szafka na akta. Jest również niski stół z wygodnymi i gustownymi fotelami, w jednym z których teraz siedzę. Połowę jednej ściany gabinetu zajmuje okno, lecz widok zasłaniają story. Półprzezroczyste, iskrzą się w porannym słońcu, przepuszczając odpowiednią ilość światła.

Doktor zgniata w kulkę starannie zapisaną na maszynie kartkę i wrzucają do pojemnika na śmieci. Wyciąga fotel zza biurka i ustawia go tak, żebyśmy mogli siedzieć zwróceni twarzami do siebie. Ściąga notes z blatu i kładzie go na kolanach, po czym z kieszeni na piersi wyjmuj e mały srebrny ołówek automatyczny.

— No dobra, Orr, na czym stanęliśmy?



19 из 287