
Jakoś radziła sobie z edukacją. Jednak uważała, że szkoła stale próbuje jej przeszkadzać.
Wokół niej wizja poety była rozbierana na części z użyciem przypadkowych narzędzi.
Kuchnia miała te same gargantuiczne wymiary co reszta domu. Cała armia kucharzy mogłaby się w niej zgubić. Dalsze ściany ginęły w cieniach, a rura od pieca, podtrzymywana w sporych odstępach czarnymi od sadzy łańcuchami i kawałkami brudnego sznura, znikała w mroku jakieś ćwierć mili nad podłogą. W każdym razie tak to wyglądało w oczach obcego przybysza.
Albert spędzał tu czas na niewielkim wykafelkowanym obszarze, dość dużym, by pomieścić kredens, stół i piec. I fotel na biegunach.
— Kiedy człowiek pyta: „O co w tym wszystkim chodzi, tak naprawdę, kiedy się porządnie zastanowić?”, to nie jest z nim dobrze — stwierdził, skręcając papierosa. — Ale nie wiem, co to znaczy, kiedy on to mówi. Znowu ma te swoje humory.
* * *
Jedyna poza nim osoba w pomieszczeniu kiwnęła głową. Miała pełne usta.
— Cała ta sprawa z jego córką — mówił Albert. — Znaczy… córka? A potem usłyszał o terminatorach. Nie dał sobie spokoju, dopóki nie wyjechał i nie przyjął kogoś do terminu. Ha! Same kłopoty z tego wyszły. Ty zresztą też, jeśli się zastanowić… ty też jesteś jego kaprysem. Bez urazy — dodał szybko, świadom, z kim rozmawia. — Ty się udałeś. Robisz dobrą robotę.
Kolejne skinięcie.
— Zawsze coś pokręci. Na tym polega problem. Jak wtedy, kiedy usłyszał o Nocy Strzeżenia Wiedźm. Pamiętasz? Musieliśmy wszystko załatwić: dębowe drzewko w donicy, papierowe kiełbaski, wieprzowa kolacja, on w papierowym kapelusiku pytający CZY TO WESOŁE? Zrobiłem dla niego taką małą ozdobę na biurko, a on podarował mi cegłę.
Papieros był fachowo skręcony. Tylko ekspert potrafi zrobić skręta tak cienkiego, a przy tym tak wilgotnego.
