
— Bardzo porządna cegła, muszę przyznać. Mam ją gdzieś jeszcze.
PIP, odpowiedział Śmierć Szczurów.
— Trafiłeś w sedno. Nigdy nie rozumie, o co dokładnie chodzi. Widzisz, on nie może się z pewnymi rzeczami pogodzić. Nie potrafi o niczym zapomnieć.
Albert ssał mokrego skręta, aż łzy ciekły mu z oczu.
— „O co w tym wszystkim chodzi, tak naprawdę, kiedy się porządnie zastanowić?” — Westchnął ciężko. — Coś podobnego…
Zerknął na kuchenny zegar — ze specyficznego ludzkiego przyzwyczajenia. Zegar nigdy nie chodził, od dnia kiedy Albert go kupił.
— O tej porze zwykle się już zjawia — stwierdził. — Lepiej przygotuję mu tacę. Nie mam pojęcia, co go zatrzymało.
* * *
Święty mąż siedział pod świętym drzewem ze skrzyżowanymi nogami, opierając dłonie na kolanach. Oczy miał zamknięte, by lepiej skoncentrować się na Nieskończonym, a ubrany był jedynie w przepaskę biodrową, by okazać pogardę dla spraw przydyskowych.
Przed nim stała drewniana miseczka.
Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że jest obserwowany. Otworzył jedno oko.
Kilka stóp przed nim siedziała niewyraźna postać. Później był pewien, że to postać… kogoś. Nie pamiętał dokładnie jej wyglądu, ale musiała jakiś mieć. Była mniej więcej… taka wysoka, i tak jakby… zdecydowanie… PRZEPRASZAM.
— Tak, mój synu? — Zmarszczył czoło. — Jesteś płci męskiej, prawda? — dodał.
TRUDNO BYŁO CIĘ ODSZUKAĆ. ALE W SZUKANIU JESTEM DOBRY.
— Tak?
SŁYSZAŁEM, ŻE WIESZ WSZYSTKO.
Święty mąż otworzył drugie oko.
— Sekret egzystencji polega na zrzuceniu dyskowych więzów, stronieniu od chimery wartości materialnych i na szukaniu jedności z Nieskończonym — oznajmił. — I trzymaj swoje złodziejskie ręce z daleka od mojej żebraczej miseczki.
Widok proszącego budził w nim niepokój. WIDZIAŁEM NIESKOŃCZONE, wyznał przybysz. NIC SPECJALNEGO.
