
— Ten sklep… — powiedział sierżant Colon. — Ten sklep, o tam… Czy był tam też wczoraj?
Nobby popatrzył na łuszczącą się farbę, niewielkie okno wystawowe z szybą obrośniętą brudem i krzywe drzwi.
— Jasne — stwierdził. — Zawsze tam był. Jest tam już od lat.
Colon przeszedł przez ulicę i spróbował zetrzeć brud z szyby. Wewnątrz, w mroku, rysowały się niewyraźnie ciemne kształty.
— Zgadza się, pewnie — wymamrotał. — Ale czy był tu już od lat… wczoraj?
— Dobrze się pan czuje, sierżancie?
— Chodźmy stąd, Nobby. — Sierżant ruszył tak szybko, jak tylko potrafił.
— Dokąd, sierżancie?
— Dokądkolwiek, byle nie tutaj.
Pośród ciemnych stosów towaru coś wyczuło ich odejście.
* * *
Imp podziwiał już budynki różnych gildii: majestatyczny fronton Gildii Skrytobójców, wspaniałe kolumny Gildii Złodziei, dymiący, ale jednak imponujący dół w miejscu, gdzie jeszcze dzień wcześniej stała Gildia Alchemików. Kiedy wreszcie znalazł Gildię Muzykantów, przeżył rozczarowanie. Nie był to nawet budynek, tylko kilka ciasnych pokoików nad warsztatem golibrody.
Usiadł w pomalowanej na brązowo poczekalni i czekał. Przed sobą na ścianie widział tabliczkę: „Dla własnej wygody i komfortu NIE BĘDZIESZ PALIŁ”. Imp nigdy w życiu nie palił. W Llamedos było zbyt wilgotno, by cokolwiek mogło się palić. Ale teraz nagle ogarnęła go chęć, by spróbować.
Oprócz niego w poczekalni siedział troll i krasnolud. Nie czuł się swobodnie w ich towarzystwie. Stale mu się przyglądali.
Wreszcie odezwał się krasnolud:
— Nie jesteś elfi, co?
— Ja? Nie!
— Wyglądasz trochę elfio z tymi włosami.
— Wcallle nie ellfi, skąd! Słowo!
— Skąd ty? — zainteresował się troll.
— Llamedos — wyjaśnił Imp.
Przymknął oczy. Wiedział, co krasnoludy i trolle tradycyjnie robią z ludźmi podejrzanymi o bycie elfami. Gildia Muzykantów mogłaby się od nich uczyć.
