
— Llicencję? — zdziwił się Imp.
— Bardzo pilnują licencji ci z Gildii Muzykantów — oświadczył Nobby. — Przyłapią cię na graniu muzyki bez licencji, to biorą twój instrument i wpychają…
— No, no — przerwał mu gruby strażnik. — Nie strasz chłopaka.
— Powiem tyle: nie jest to przyjemne, nawet jak grasz na flecie piccolo.
— Alle przecież muzyka powinna być za darmo, jak powietrze i niebo — przekonywał Imp.
— W tym mieście nie jest. To tylko dobra rada, kolego.
— Nigdy nie słyszałem o Gillldii Muzykantów.
— Jest przy ulicy Blaszanej Pokrywki — poinformował Nobby. — Chcesz być muzykantem, musisz wstąpić do gildii.
Imp został wychowany w poszanowaniu dla prawa. Llamedosa-nie byli w)jątkowo praworządni.
— Pójdę tam natychmiast — obiecał. Strażnicy spoglądali za nim.
— Ma na sobie nocną koszulę — zauważył kapral Nobbs.
— To szata barda, Nobby — wyjaśnił sierżant Colon. — Bardzo bardyjscy ludzie żyją w tym Llamedos.
— Ile pan mu daje, sierżancie?
Colon pokiwał ręką tam i z powrotem, gestem człowieka, który wie, o czym mówi.
— Dwa, najwyżej trzy dni.
Wyminęli gmach Niewidocznego Uniwersytetu i ruszyli Tyłami, zakurzoną uliczką, gdzie prawie nie było ruchu. Dlatego właśnie stała się popularna wśród strażników-jako miejsce, gdzie można przyczaić się, zapalić i badać głębie myśli.
— Zna pan łososie, sierżancie? — zapytał Nobby.
— To ryba, której jestem świadomy. Owszem.
— Wie pan, że teraz sprzedają ją w plasterkach, zapakowaną w puszki…
— Tak dano mi do zrozumienia, w istocie.
— Właśnie… Jak to się dzieje, że wszystkie puszki są tej samej wielkości? Przecież łosoś jest cieńszy na obu końcach.
— Ciekawe spostrzeżenie, Nobby. Myślę…
Colon urwał nagle, wpatrzony w coś po drugiej stronie ulicy. Kapral Nobbs podążył wzrokiem za jego spojrzeniem.
