
Mężczyźni spożywali posiłek, po czym dowódca grupy, Regor Lannis, unosił do ust bransoletę komunikatora, by zameldować o wynikach dzisiejszych poszukiwań. Radio promu odbierało przekaz i przesyłało go na pokład „Złotego Lotnika”, który okrążał planetę po orbicie stacjonarnej, raz na dwadzieścia jeden godzin, dzięki czemu zawsze znajdował się bezpośrednio nad wyspą.
— Bardzo niewiele nowego — meldował zwykle Regor. — Pozostałości narzędzi i tak dalej. Nie znaleźliśmy żadnych kości, których wiek można by określić metodą izotopową. Nie sądzę, by miało się nam to udać. Zapewne palili zmarłych, aż do samego końca. Według oceny Monsa blok cylindrów, który znaleźliśmy, zaczął rdzewieć jakieś dziesięć tysięcy lat temu. To jednak zaledwie domysły. Z całego urządzenia nic by nie zostało, gdyby nie zasypał go piasek, a nie wiemy, kiedy to się stało.
— Przecież mówiliście, że meble w wieżowcach są niemal nietknięte, wykonane z odpornych na starzenie stopów i syntetyków -odpowiedział głos kapitana Ilmaraya. — Czy nie możecie czegoś wy-dedukować z ich, hm, ustawienia? Jeśli miasto splądrowano…
— Nie, sir, ślady są zbyt trudne do odczytania. Wiele pomieszczeń bez wątpienia ogołocono. Nie wiemy jednak, czy zrobiono to jednego dnia, czy raczej w ciągu stuleci. Ostatni z kolonistów mogli zabierać z domów przedmioty, których już nie umieli produkować. Możemy być pewni tylko jednego. Kurz świadczy, że nikt nie był w środku przez okres tak długi, że wolałbym o tym nawet nie myśleć.
Gdy Regor kończył rozmowę, Jong brał zwykle w ręce gitarę i akompaniował im przy śpiewie. Wykonywali wywodzące się z zapomnianych czasów pieśni Familii. Niektóre przetłumaczono z języków, którymi mówiono, nim jeszcze ludzie po raz pierwszy opuścili Ziemię. Muzykowanie pomagało zagłuszyć wiatr i łoskot fal, które tłukły o brzeg tam, gdzie kiedyś był port. Płomienie strzelały wysoko, oświetlając ich twarze pośród nocy i nadając prostym kombinezonom barwę niespokojnej czerwieni.
