
Jong przypomniał sobie, że były to prawie bez wyjątku lata pokładowe. Spojrzał z drżeniem na Drogę Mleczną. Gdy statek leci z prędkością podświetlną, czas się kurczy. Podczas swego krótkiego życia był już świadkiem rozkwitu i upadku imperium. Do tej pory nie zaprzątał sobie zbytnio głowy tym faktem. Tak już po prostu było. Familia składała się z pseudonieśmiertelnych, a mieszkańcy planet byli czymś obcym, ulotnym, nie w pełni realnym. Trwająca dziesięć tysięcy lat podróż do centrum Galaktyki i z powrotem przerastała jednak wszystko, co do tej pory próbowano przedsięwziąć. Nikt z pewnością nie porwałby się na takie przedsięwzięcie, gdyby nie chodziło o odpokutowanie zbrodni nad zbrodniami. Czy Familia jeszcze istnieje? A Ziemia?
Po kilku dniach Regor podjął wreszcie decyzję:
— Trzeba się będzie zapuścić w głąb lądu. Może tam będziemy mieli więcej szczęścia.
— Nie znajdziemy nic poza puszczą i sawanną — sprzeciwił się Neri Avelair. — Wszystko to oglądaliśmy już z góry.
— Ale wędrując na piechotę można zobaczyć rzeczy, których z promu się nie zauważy. To niemożliwe, by koloniści mieszkali wyłącznie w tak dużych miastach. Potrzebowali farm, kopalń, zakładów ekstrakcyjnych, dalej położonych osad. Gdyby udało się nam zbadać którąś z nich, może znaleźlibyśmy tam więcej wskazówek niż w tym cholernym wielkim mrowisku.
