
— Jakie mamy szansę natrafić na cokolwiek, przerąbując się przez chaszcze? — argumentował Neri. — Lepiej zbadajmy parę miasteczek, które zauważyliśmy.
— Wszystkie są jeszcze bardziej zniszczone od tego miasta — przypomniał mu Mons Rainart. — W znacznej części zalało je morze.
Nie musiał o tym wspominać. Jak mogliby zapomnieć? Ziemia nie zapada się szybko. Fakt, że miasta pochłonęło morze, dawał pewne wyobrażenie o tym, jak dawno temu je porzucono.
— To prawda. — Regor skinął głową. — Nie proponuję wyprawy do lasu. Wymagałaby więcej ludzi. Nie mamy też tyle czasu. Jakieś sto kilometrów na północ stąd, nad zatoką o wąskim ujściu, znajduje się wyjątkowo rozległa plaża. Za nią leżą żyzne wzgórza. Wygląda również na to, że pod nimi powinny się kryć cenne kruszce. Zdziwiłbym się, gdyby koloniści nie próbowali zagospodarować tej okolicy.
Kąciki ust Neriego opadły.
— Jak długo będziemy musieli siedzieć na tej planecie duchów, zanim przyznamy, że nie zdołaliśmy się dowiedzieć, co się tu stało?! — zapytał nie do końca opanowanym głosem.
— Już niedługo — uspokoił go Regor. — Musimy jednak przed odlotem zrobić wszystko co w naszej mocy.
Wskazał kciukiem w kierunku miasta. Wieżowce górowały nad zwalonymi murami i ruchomymi wydmami, sięgając ku pełnemu ptaków niebu. Pastelowe kolory budowli wyblakły w promieniach jasnego, żółtego słońca i wieżowce były teraz białe jak kość. Za to rozciągający się za nimi widok był piękny. Rosnący w głębi lądu las falował niezliczonymi odcieniami zieleni, po przeciwnej zaś stronie grunt opadał łagodnie ku morzu, które lśniło niczym szmaragd przyprószony diamentowym pyłem, huczało i rozbijało się o rafy w fontannach białej piany. Jong pomyślał, że pierwsze pokolenia osadników z pewnością czuły się tu bardzo szczęśliwe.
