
— Cieszę… — Zapanował nad swym językiem. — Cieszę się, że to zrobiłaś. Co u ciebie słychać?
— Boję się i czuję się samotna — wyznała. Jej słowa zakłócała kosmiczna interferencja. Ogień strzelał głośno iskrami w ciemność na górze. — Jeśli nie dowiecie się, co się tu wydarzyło… Nie wiem, czy to wytrzymam, jeśli przez resztę życia będę sobie zadawać to pytanie.
— Przestań! — skarcił ją ostro. Rozkład morale zniszczył już niejeden statek. Aczkolwiek… — Nie, przepraszam cię.
Wiedział, że nie brak jej odwagi. Jego również dręczyła obawa, że całe życie będzie go prześladowało wspomnienie tego, co tu zobaczył. Śmierć była dla Familii starą znajomą, tym razem jednak wracali z przeszłości bardziej zamierzchłej niż lodowce i mamuty w chwili, gdy opuszczali Ziemię. Potrzebowali wiedzy równie gwałtownie jak powietrza, by zrozumieć otaczający ich wszechświat. A już podczas pierwszego postoju w spiralnym ramieniu Galaktyki, które ongiś było ich domem, stanęli w obliczu zagadki z pozoru niemożliwej do rozwiązania. Korzenie Familii tkwiły tak głęboko w dziejach, że Jong znał symbol Sfinksa. Nagle zdał sobie sprawę z jego makabrycznej wymowy.
— Poznamy odpowiedź — obiecał Soryi. — Jeśli nie tutaj, to po powrocie na Ziemię.
W duchu dręczyła go jednak niepewność. Wdał się w swobodną rozmowę i nawet zdobył się na parę żarcików, ale potem, gdy leżał już w śpiworze, wydawało mu się, że słyszy dobiegający z północy dźwięk rogu.
Wszyscy członkowie ekspedycji wstali o świcie, przełknęli śniadanie, załadowali sprzęt do promu, który wystartował na napędzie aerodynamicznym i wyrównał lot, lecąc z niewielką prędkością tuż nad powierzchnią.
