
Regor posadził prom na szczycie klifu wznoszącego się nad zatoką, o której wspominał. Za urwiskiem ciągnął się łuk nieprawdopodobnie szerokiej i długiej plaży, usianej licznymi głazami. Wiele kilometrów stąd łuk prawie się zamykał i zatokę z oceanem łączyła tylko wąska cieśnina. Czyste, niebieskozielone wody lśniły w blasku wschodzącego słońca. Prawie nie widziało się tu fal, lecz zatoka nie była zupełnie spokojna, gdyż wywoływane przez wielki księżyc pływy z pewnością zmieniały poziom wody w ciągu doby o jakieś dwa, trzy metry. Ponadto do zatoki wpadała rzeka spływająca z południowych wyżyn. Jong widział z daleka muszelki zaścielające piasek pod znakiem wody wysokiej, dowód na to, że życie krzewi się tu bujnie. Wydawało mu się straszliwą niesprawiedliwością, że koloniści byli zmuszeni zamienić tak wiele piękna na ciemność.
Regor popatrzył kolejno na wszystkich towarzyszy.
— Sprawdźcie sprzęt — rozkazał, po czym przeszedł do listy: ful-gurator, bransoleta komunikatora, kompas energetyczny, pakiet medyczny…
— Mój Boże — odezwał się Neri — można by pomyśleć, że wybieramy się na roczną wyprawę, i to każdy z nas osobno.
— Rozdzielimy się w poszukiwaniu śladów — wyjaśnił Regor -a przez te skały często nie będziemy się widzieć.
