
— Wygląda na to, że ktoś chce się go szybko pozbyć…
GOLEM MUSI PRACOWAĆ. GOLEM MUSI MIEĆ WŁAŚCICIELA.
— No tak, zgadza się. Ale słyszy się różne historie… Jak popadają w szaleństwo, pracują za dużo i takie tam.
NIE JEST SZALONY. OSIEMDZIESIĄT DOLARÓW.
— Wygląda… na nowego. — Mężczyzna stuknął w błyszczącą pierś. — Ale nikt przecież nie robi już golemów i właśnie przez to cena przekracza możliwości rodzinnej firmy… — Przerwał nagle. — Czyżby ktoś znowu je produkował?
OSIEMDZIESIĄT DOLARÓW.
— Słyszałem, że kapłani już wiele lat temu zakazali produkcji golemów. Można się wpakować w bardzo poważne kłopoty.
SIEDEMDZIESIĄT DOLARÓW.
— Kto go zrobił?
SZEŚĆDZIESIĄT DOLARÓW.
— Czy sprzedaje je Albertsonowi? Albo Spadgerowi i Williamsowi? I tak ciężko jest z nimi konkurować, mają pieniądze, żeby zainwestować w nową wytwórnię…
PIĘĆDZIESIĄT DOLARÓW.
Mężczyzna obszedł golema dookoła.
— I człowiek potem widzi, jak jego firma się sypie z powodu nieuczciwego zaniżania cen, chciałem powiedzieć…
CZTERDZIEŚCI DOLARÓW.
— Religia owszem, świetna sprawa, ale co prorocy mogą wiedzieć o profitach? Hm… — Spojrzał na skrytego w cieniu bezkształtnego golema. — Zdaje się, że napisałeś właśnie „trzydzieści dolarów”?
TAK.
— Zawsze lubiłem hurtowe zakupy. Zaczekaj chwilę. — Zniknął w głębi domu i po chwili wrócił z garścią monet. — Będziecie je sprzedawać tamtym draniom?
NIE.
