
— Doskonale. Powiedz swojemu szefowi, że robienie z nim interesów to prawdziwa przyjemność. No, wchodź do środka, słoneczko.
Biały golem wszedł do fabryki. Mężczyzna rozejrzał się nerwowo i podreptał za nim. Zamknął drzwi.
Głębsze cienie poruszyły się w mroku. Zabrzmiał cichy syk. Po chwili, kołysząc się lekko na boki, wielkie i ciężkie kształty odeszły.
Niedługo potem, za rogiem, jakiś żebrak z nadzieją wyciągnął rękę po jałmużnę i ze zdumieniem odkrył, że nagle stał się bogatszy o całe trzydzieści dolarów
Świat Dysku obracał się na tle migoczącego tła kosmicznej przestrzeni; wirował delikatnie na grzbietach czterech ogromnych słoni stojących na skorupie Wielkiego A’Tuina, gwiezdnego żółwia. Kontynenty dryfowały powoli, okryte układami pogodowymi, które same kręciły się powoli przeciwko nurtowi, jak tańczący walca, którzy wirują w kierunku przeciwnym do kierunku tańca. Miliardy ton geografii przetaczały się po niebie.
Ludzie patrzą z góry na takie rzeczy jak geografia czy meteorologia nie tylko dlatego, że stoją na jednej i są moczeni przez drugą. Obie nie wyglądają na prawdziwe nauki
Nawet na świecie Dysku z jego maleńkim, orbitującym słońcem, przemykającym ponad wirującym światem, pory roku przemieszczały się z wolna. W Ankh-Morpork, największym z miast świata, lato odpychało wiosnę, a samo było szturchane w plecy przez jesień.
Geograficznie rzecz biorąc, w granicach samego miasta różnice nie były wielkie, choć późnym latem brudna piana na rzece często miała piękny szmaragdowy kolor. Wiosenne mgiełki stały się mgłami jesiennymi, które — zmieszane z oparami i dymami z dzielnicy magicznej i z warsztatów alchemików — zdawały się zyskiwać własne, duszące i gęste życie.
A czas płynął.
Jesienna mgła lgnęła do czarnych o północy szyb.
Strużka krwi ciekła po stronicach rozerwanego na połowy tomu esejów religijnych.
Nie trzeba było tego robić, pomyślał ojciec Tubelcek.
