
Kolejna myśl sugerowała, że i jego nie trzeba było uderzać. Ale ojciec Tubelcek nigdy nie przejmował się zbytnio takimi sprawami. W końcu człowiek może wyzdrowieć, książka nie. Wyciągnął drżącą dłoń, próbując zebrać kartki, ale znów opadł nieruchomo.
Pokój wirował wokół niego.
Otworzyły się drzwi i zabrzmiały kroki ciężkich stóp na podłodze. A przynajmniej kroki jednej ciężkiej stopy i szuranie.
Krok. Szur. Krok. Szur.
Ojciec Tubelcek z wysiłkiem skupił wzrok.
— Ty? — wychrypiał.
Przytaknięcie.
— Zbierz… te… książki.
Stary kapłan przyglądał się, jak tomy zostały zebrane i ułożone w stosy — palcami całkiem nieodpowiednimi do tego zadania.
Przybysz znalazł wśród rozrzuconych rzeczy gęsie pióro, starannie napisał coś na skrawku papieru, potem zwinął go i delikatnie umieścił między wargami ojca Tubelceka.
Umierający kapłan spróbował się uśmiechnąć.
— My tak nie działamy — wymamrotał; niewielki zwitek kołysał się niczym ostatni papieros. — My… tworzymy… własne… s…
Pochylona postać przyglądała mu się jeszcze chwilę, a potem bardzo ostrożnie pochyliła się wolno i zamknęła mu oczy.
Komendant Straży Miejskiej Ankh-Morpork, sir Samuel Vimes, marszcząc brwi, przyjrzał się swemu odbiciu w lustrze i rozpoczął golenie.
Brzytwa była dla niego mieczem wolności. Golenie — aktem buntu.
W ostatnich czasach ktoś przygotowywał mu kąpiel (codziennie! — trudno uwierzyć, że ludzka skóra to wytrzymuje). Ktoś szykował mu ubranie (i to jakie ubranie!). I ktoś gotował mu posiłki (i to jakie posiłki! — przybierał na wadze, zdawał sobie z tego sprawę). I nawet ktoś czyścił mu buty (takie buty! — nie jakieś byle co z tekturowymi podeszwami, ale solidne, dobrze dopasowane buty z prawdziwej błyszczącej skóry). Był ktoś, kto robił za niego prawie wszystko, ale pewne rzeczy mężczyzna powinien załatwiać sam, a jedną z nich było golenie.
