
Ha… Jeszcze parę lat temu ktoś taki jak Willikins z trudem by go tolerował w kuchni. I kazałby mu przed wejściem zdjąć buty.
Więc takie teraz jest twoje życie, komendancie sir Samuelu, myślał Vimes. Dla jaśniepaństwa — były gliniarz, który wżenił się w arystokrację, ale jaśnie pan dla całej reszty…
Zmarszczył brwi, patrząc na swe odbicie w lustrze.
Zaczął w rynsztoku, to prawda. A teraz doszedł do trzech posiłków dziennie, dobrych butów, ciepłego łóżka nocą i — jeśli już o tym mowa — także żony. Dobra stara Sybil… Chociaż ostatnio zaczyna rozmowy o zasłonach, ale sierżant Colon mówił, że to się żonom zdarza, chodzi o coś biologicznego i jest absolutnie normalne.
Prawdę mówiąc, był dość przywiązany do swoich starych, tanich butów. Podeszwy miał w nich tak cienkie, że mógł przez nie odczytać ulicę. Potrafił nawet w ciemności poznać, gdzie się znalazł. Co tam…
Lustro do golenia Sama Vimesa było trochę nietypowe — lekko wypukłe, przez co odbijało więcej niż płaskie lustra. I dawało doskonały widok na przybudówki i ogrody za oknem.
Hm… przerzedzają się u góry… — myślał. Wyraźnie wyższe czoło. Mniej włosów do czesania, ale z drugiej strony więcej twarzy do mycia…
Coś mignęło w lustrze.
Vimes odsunął się w bok i pochylił.
Lustro rozpadło się na kawałki.
Gdzieś za wybitym oknem rozległ się tupot biegnących stóp, potem trzask i krzyk.
Vimes wyprostował się. Wyłowił z miski największy odłamek lustra i oparł go o czarne drzewce wbitego w ścianę bełtu.
Skończył się golić.
Potem zadzwonił na kamerdynera. Willikins zmaterializował się prawie natychmiast.
— Proszę pana…
Vimes wypłukał brzytwę.
— Poślij chłopaka do szklarza, dobrze?
Wzrok kamerdynera przemknął do okna, a potem do strzaskanego lustra.
— Oczywiście, proszę pana. A rachunek znowu odesłać do Gildii Skrytobójców?
