
— Z pozdrowieniami ode mnie. A skoro już pójdzie, niech zajrzy na skwer Piątaka i Siódmaka, i kupi mi nowe lustro. Ten krasnolud wie, jakie lubię.
— Tak, proszę pana. Przyniosę miotłę i szufelkę, proszę pana, i sprzątnę tu natychmiast. Czy mam poinformować jaśnie panią o zajściu?
— Nie. Zawsze twierdzi, że to moja wina, bo ich zachęcam.
— Oczywiście, proszę pana — zgodził się Willikins.
I się zdematerializował.
Sam Vimes osuszył twarz ręcznikiem i zszedł na dół, do pokoju porannego. Z szafki wyjął nową kuszę, którą Sybil podarowała mu w prezencie ślubnym. Był przyzwyczajony do typowych strażniczych kusz, w krytycznych sytuacjach mających paskudny zwyczaj strzelania do tyłu, ale ta była z warsztatu Burleigh i Wręcemocny, robiona na miarę, z gładką orzechową kolbą. Podobno nie istniała lepsza broń.
Następnie wybrał cienkie cygaro i wyszedł do ogrodu.
Jakieś hałasy dochodziły z szopy dla smoków. Vimes wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Oparł o nie kuszę.
Skamlania i piski zabrzmiały głośniej. Niewielkie strużki ognia wznosiły się nad grubymi ścianami zagród lęgowych.
Vimes pochylił się nad najbliższą. Podniósł świeżo wyklutą dragonetkę i połaskotał ją w gardło. Kiedy w podnieceniu zionęła ogniem, zapalił cygaro i zaciągnął się z satysfakcją. Wydmuchnął pierścień dymu w stronę postaci wiszącej pod sklepieniem.
— Dzień dobry — powiedział.
Człowiek wyginał się gorączkowo. Dzięki zadziwiającej sprawności zdołał zahaczyć stopą o belkę, ale nie potrafił się podciągnąć. O spadaniu lepiej było nie myśleć — kilkanaście małych smoczków zebrało się pod nim, podskakiwało nerwowo i wypuszczało płomienie.
— Eee… Dzień dobry — odpowiedział wiszący człowiek.
— Znów mamy piękną pogodę — zauważył Vimes, podnosząc wiadro z węglem. — Choć podejrzewam, że po południu podniesie się mgła.
Rzucił smokom niewielki węgielek. Przepychały się, by go zdobyć.
