Drzwi wolno się otwarły i stanął w nich jej wróg. Megan chciała poderwać się z miejsca, lecz ołowiany ciężar ściągnął ją w dół.

– To pan?! Co pan tu robi?! – spytała, dysząc ciężko. Na jej czole pojawiły się krople potu.

– Jesteśmy w moim domu – wyjaśnił. – Przywiozłem panią tutaj z parku.

– Jak pan śmiał! – Próbowała włożyć w te słowa jak najwięcej złości, ale z trudem mogła mówić.

Podszedł do łóżka, żeby sprawdzić, czy ma gorączkę. W tej chwili najchętniej ugryzłaby go w rękę.

– Nie miałem wyjścia – powiedział. – W pani mieszkaniu roiło się od dziennikarzy. Pewnie jeszcze tam są. U mnie jest pani przynajmniej bezpieczna. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by tu pani szukać. Chociaż, prawdę mówiąc, doktor Lang chciała wysłać panią do szpitala.

Dziewczyna zadrżała na dźwięk tego słowa.

– To szantaż – stwierdziła.

Keller odetchnął głęboko, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu machnął ręką.

– Zaraz przyniosę śniadanie – powiedział. – Łazienka jest za drzwiami. Proszę to włożyć, jeśli będzie pani z niej korzystać.

Wskazał włochaty szlafrok, przewieszony przez oparcie fotela, i wyszedł. Megan leżała jeszcze chwilę, chcąc zebrać siły, a następnie wstała. Zakręciło jej się w głowie, więc schwyciła za poręcz fotela. Posłusznie włożyła szlafrok i wolno ruszyła w stronę łazienki.

Uśmiechnęła się nieznacznie na widok dużej miedzianej wanny. Wielkie lustro pokazywało jakąś obcą twarz z podkrążonymi oczami. Nie przejęła się tym wcale. Już dawno przestała dbać o to, jak wygląda.

W drodze powrotnej musiała się trzymać ściany. Keller zastał ją jeszcze w przedpokoju. Postawił tacę na małym stoliku, na którym znajdował się jedynie telefon, i ujął ją za ramię.



18 из 113