— Co to jest? — spytał Kerrick, z trudem wydobywając słowa.

— Nie wiem. Jakiś marag. Mały, nigdy dotąd takiego nie widziałem.

— Stał i chodził zupełnie jak człowiek, Tanu. Marag, ojcze, ale z rękoma takimi jak my.

— Nie takimi. Policz! Raz, dwa, trzy palce i kciuk. Nie, ma tylko dwa palce i dwa kciuki.

Wargi Amahasta skurczyły się, odsłaniając zęby, gdy spoglądał na trupa. Miał krótkie, wygięte nogi, płaskie stopy o palcach zakończonych pazurami, bulwiasty ogon. Istota leżała skurczona, jedna łapa schowana była pod ciałem. Amahast kopnięciem nogi odwrócił je na wznak. Kolejna zagadka: w zaciśniętej dłoni dostrzegł teraz coś wyglądającego na długi, guźlasty kij z czarnego drewna.

— Ojcze, plaża! — zawołał Kerrick.

Schowali się pod drzewami i patrzyli z ukrycia na wynurzające się z morza, tuż obok nich, stworzenia. Były to trzy murgu. Dwa przypominały zabitego przez nich. Trzeci był wyższy, grubszy i powolniejszy. Wysunął się do połowy z wody, przekręcił na grzbiet i legł nieruchomo z zamkniętymi oczami. Pozostałe dwa z trudem wypchnęły go dalej na piasek. Większa istota wydmuchała pianę ze szparek oddechowych, pazurami jednej nogi drapiąc się wolno i leniwie po brzuchu. Jeden z mniejszych murgu zamachał łapami w powietrzu i wydał ostry, klekoczący dźwięk.

Gniew chwycił Amahasta za gardło, dławiąc je tak, że aż sapnął głośno. Nienawiść niemal go zaślepiła, gdy w nieświadomym odruchu runął w dół zbocza z wysuniętą przed sobą włócznią.

Po chwili znalazł się przy istotach i dźgnął najbliższą. Ta jednak cofnęła się i odwróciła, tak iż grot tylko zadrasnął jej bok, ześliznąwszy się po żebrach. Następny cios Amahasta był celny.



13 из 452