
Łowca uwolnił włócznię i odwrócił się, by ujrzeć taplającego się w wodzie, uciekającego drugiego maraga, który szeroko rozrzucił łapy i upadł, gdy mała włócznia śmignęła w powietrzu i trafiła go w plecy.
— Dobry rzut — powiedział Amahast i upewniwszy się o śmierci stworzenia, wyszarpnął z niego włócznię, by wręczyć ją Kerrickowi.
Pozostał tylko duży marag. Miał zamknięte oczy, najwidoczniej nieświadom tego, co się działo wokół niego.
Amahast wbił mu głęboko włócznię w bok. Zwierzę wydało niemal ludzki jęk. Miało grubą warstwę tłuszczu i myśliwy musiał dźgać kilka razy, nim się uspokoiło. Wówczas oparł się o swoją włócznię, dyszał ciężko, patrząc ze wstrętem i nienawiścią na zabite zwierzęta.
— Takie jak te muszą być niszczone. Murgu są inne niż my, popatrz na skórę, łuski. Żadne z nich nie ma sierści, boją się chłodu, mają trujące mięso. Wszystkie napotkane musimy niszczyć. — Wydusił z siebie te słowa, a Kerrick mógł tylko przytaknąć skinieniem głowy, bo czuł równie głęboką i instynktowną odrazę.
— Idź po nich — polecił Amahast. — Szybko. Tam, widzisz, po drugiej stronie zatoki, jest więcej murgu. Musimy zabić je wszystkie.
Zauważył jakiś ruch i chwycił włócznię sądząc, że stworzenie jeszcze nie zdechło. Poruszyło ogonem.
Nie! To nie ogon się poruszał, lecz coś pełzało pod skórą u jego podstawy. Była tam szparka, rodzaj otworu, u podstawy grubego ogona bestii. Amahast rozpruł ją czubkiem włóczni, potem z trudem powstrzymał wymioty na widok bladawych istot gramolących się na piasek.
Wijące się, ślepe, maleńkie kopie dorosłych. Na pewno ich młode. Rycząc z gniewu, rozdeptał je nogami.
— Zniszczyć wszystkie, zniszczyć. — Mruczał ciągle te słowa, a Kerrick uciekł miedzy drzewa.
