
Choć większość gigantycznego cielska znajdowała się pod wodą, stercząca płetwa grzbietowa stwora wystawała ponad fale. Jej spłaszczony wierzchołek był suchy i stwardniały. Pokrywały go białe cętki odchodów siadających na nim ptaków i blizny w miejscach, gdzie zdołały rozryć ostrymi dziobami twardą skórę. Jakiś ptak kierował się właśnie ku czubkowi płetwy z rozciągniętymi, wielkimi, białymi skrzydłami i rozcapierzonymi, płetwiastymi łapami. Nagle skrzeknął i odleciał z łopotem, przestraszony długim pęknięciem, jakie powstało na górze płetwy. Szpara powiększyła się, sięgając krańców płetwy. Wielkie rozdarcie żywego ciała ciągle się rozszerzało, wydzielając opary zatęchłego powietrza.
Wreszcie szpara powiększyła się na tyle, iż swobodnie wynurzyła się z niej Yilané, odbywająca wachtę jako drugi oficer. Wdychała głęboko świeże powietrze, wspinając się na szeroki występ kości znajdującej się w środku płetwy, blisko jej czubka. Wystawiła głowę i ramiona, rozglądając się wkoło uważnie. Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, wycofała się w głąb, minęła sterniczkę wpatrującą się w przezroczystą tarczę. Oficer spojrzała jej przez ramię na jarzącą się igłę busoli i zobaczyła, że zbacza z wyznaczonego kursu. Wyciągniętą ręką sterniczka ujęła między kciuki lewej dłoni wystający kłębek nerwów i ścisnęła go mocno. Drżenie przebiegło cały statek, nastąpiła reakcja na wpół rozumnej istoty. Oficer kiwnęła głową i zeszła niżej, do długiej, wewnętrznej komory. Jej źrenice szybko rozszerzały się w słabo rozświetlonym mroku.
Jedynym oświetleniem komory o żywych ścianach, rozciągającej się niemal na całą długość grzbietu uruketo, były fluoroscencyjne pasma. Z tyłu, w niemal całkowitej ciemności, leżały więźniarki związane razem w kostkach. Paki towarów oddzielały je od przebywających w przedzie członków załogi i pasażerek. Oficer podeszła do dowodzącej, by zdać raport. Erafnaiś uniosła wzrok znad świecącej mapy i skinęła z uznaniem. Zadowolona, zwinęła mapę, umieściła ją w niszy i sama ruszyła na płetwę. Idąc powłóczyła nogami; był to skutek odniesionej w dzieciństwie rany. Blizna po niej nadal marszczyła skórę na plecach. Jedynie dzięki wielkim zdolnościom zdołała dojść tak wysoko. Po wyjściu na zewnątrz rozejrzała się wokół z wierzchołka płetwy, oddychając głęboko.
