I dlatego rodzimy się w wodzie, nie zabijamy delfinów i spoglądamy w stronę gwiazd.

Rozdział 1

Zaraza

Śnieg sypał tak mocno, że w powietrzu tworzyły się kruche kulki, które topniały, gdy tylko lądowały głucho na koniach stojących wzdłuż nabrzeża. Była czwarta nad ranem, port dopiero się budził i kapitan Samson nigdy nie widział w doku takiej krzątaniny. Ładunek dosłownie wyfruwał ze statku; dźwigi robiły wszystko, co w ich mocy, żeby jak najszybciej wyładować towar. Statek już cuchnął środkiem odkażającym, smród był niemożliwy. Każdego, kto wchodził na pokład, zlewano tym płynem tak obficie, że aż wychlapywał mu się z butów. I jakby tego było jeszcze mało, niektórzy, ciapiąc butami, wkraczali na pokład z ciężkimi metalowymi puszkami sprayu, które opluwały wszystko różową kwaśną mgiełką.

A kapitan nic nie mógł na to poradzić. Agent armatora czekał na nabrzeżu z rozkazami w ręku. Kapitan Samson nie zamierzał jednak się poddawać.

— Naprawdę myśli pan, panie Blezzard, że można się od nas zarazić? — rzucił szczekliwym głosem do mężczyzny na nabrzeżu. — Mogę pana zapewnić…

— Z tego, co wiemy, kapitanie, nie zarażacie, ale tutaj chodzi o wasze dobro — agent krzyknął przez olbrzymi megafon — i muszę raz jeszcze ostrzec pana i pańskich ludzi, żebyście nie opuszczali statku!

— Ależ panie Blezzard, my mamy rodziny!

— Istotnie, ale wszyscy znajdują się pod dobrą opieką. Proszę mi wierzyć, kapitanie, wasze rodziny mają dużo szczęścia i was też ono nie opuści, jeśli będziecie słuchać rozkazów. O świcie musicie wracać do Port Mercia. To sprawa najwyższej wagi.

— Niemożliwe! Przecież to drugi koniec świata! Wróciliśmy zaledwie parę godzin temu! Mamy za mało żywności i wody!



2 из 298