
— Wypłyniecie o świcie i na kanale czeka was rendez-vous z Dziewicą z Liverpoolu po niedawnym rejsie z San Francisco. Przedstawiciele kompanii już są na jej pokładzie. Wyekwipują was we wszystko, czego będziecie potrzebować. Ogołocą tamten statek do cna, żeby tylko was dobrze zaopatrzyć na drogę!
Kapitan pokręcił głową.
— Nie podoba nam się to, panie Blezzard. Pańskie żądania… są nie do przyjęcia. Ja… na Boga, człowieku, potrzebuję większych gwarancji niż kilka słów wykrzyczanych przez metalową tubę!
— Myślę, że ja będę wystarczającą gwarancją, kapitanie. Mam pańskie zezwolenie na wejście na pokład?
Kapitan znal ten głos.
Był to głos Boga albo kogoś pierwszego po nim. Ale chociaż rozpoznawał głos, miał problemy z rozpoznaniem mówcy stojącego na końcu trapu. A to dlatego, że był on przyodziany w coś w rodzaju klatki dla ptaków. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Przyjrzawszy się lepiej, kapitan dostrzegł, że jest to metalowa konstrukcja, bardzo misterna, otoczona cienką siatką. Osoba znajdująca się wewnątrz kroczyła w rozedrganej chmurze środka odkażającego.
— Sir Geoffrey? — chciał się upewnić kapitan, gdy mężczyzna sunął powoli po lśniącym trapie.
— W rzeczy samej, kapitanie. Przepraszam za ten strój. Nazywany jest skafandrem życia… z oczywistych powodów. Stanowi niezbędną ochronę. Rosyjska grypa okazała się groźniejsza, niż ktokolwiek przypuszczał! Mniemamy, że najgorsze już minęło, ale zaraza zebrała straszliwe żniwo… we wszystkich sferach. Wszystkich, kapitanie. Proszę mi wierzyć.
Coś w sposobie, w jaki prezes wypowiedział słowo „wszystkich”, sprawiło, że kapitana zmroziło.
— Rozumiem, że Jego Królewska Mość jest… nie jest… — Przerwał, nie mogąc wydusić z siebie reszty pytania.
— Nie tylko Jego Królewska Mość, kapitanie. Powiedziałem już: „groźniejsza, niż ktokolwiek przypuszczał” — przypomniał sir Geoffrey, gdy czerwony płyn odkażający skapywał ze skafandra życia i tworzył na pokładzie kałuże podobne do krwi. — Proszę mnie wysłuchać.
