
— Ostry język, co?
— Jak brzytwa, kapitanie. Ale jest i dobra wiadomość: możliwe, że po drodze dościgniemy córkę sukcesora, która szczęśliwie płynęła już do ojca, gdy rozszalała się zaraza. Dzisiaj ma wypłynąć z Cape Town na szkunerze Słodka Judy i kierować się do Port Mercia przez Port Adwent. Kapitanem jest Nathan Roberts. Ufam, że zna go pan?
— Co, stary Roberts „Alleluja”? To on wciąż żegluje? Złoty człowiek, zważ pan, jeden z najlepszych, a Słodka Judy to bardzo dobrze utrzymany okręt. Dziewczyna jest w dobrych rękach, może pan być spokojny. — Kapitan się uśmiechnął. — Mam tylko nadzieję, że lubi hymny. Ciekaw jestem, czy Roberts w dalszym ciągu zmusza załogę do tego, żeby przeklinała do beczki z wodą w ładowni?
— Jest taki religijny? — zapytał pan Black, gdy kierowali kroki ku rozgrzanej głównej kabinie.
— Odrobinę, szanowny panie, tylko odrobinę.
— W przypadku Robertsa, kapitanie, jak wielka jest odrobina?
Kapitan Samson wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Och, mniej więcej wielkości Jerozolimy…
* * *
Na drugim końcu świata morze płonęło, wiatr zawodził, a rycząca noc zakrywała oblicze morza.
Tylko człowiek niezwykły umiałby na poczekaniu ułożyć hymn, takim człowiekiem był jednak kapitan Roberts. Znał na pamięć Zbiór hymnów dawnych i współczesnych i wyśpiewywał je wszystkie głośno i radośnie, kiedy stał na wachcie, co między innymi przyczyniło się do wybuchu buntu.
Teraz, gdy zbliżał się koniec świata i niebo ciemniało o świcie, a strumienie ognia apokalipsy spływały na statek i podpalały takielunek, kapitan Roberts przywiązał się do koła sterowego, czując, że morze wzbiera, a okręt szybuje ku niebu, jakby niesiony jakąś potężną ręką.
