
— Zechce pan iść za mną — powiedział robot. Jasne światło zalało drogę do statku.
Baley poszedł za nim. Po trapie w górę, korytarzami w głąb statku i do kabiny.
Robot oznajmił — To będzie pańska kabina, agencie Baley. Uprasza się, by pozostawał pan w niej w czasie trwania podróży.
— Pewnie! — pomyślał Baley — Zapieczętujecie mnie w izolatce.
Korytarze, którymi przechodził, były puste. Teraz pewnie roboty zajmowały się ich dezynfekcją. Robot, stojący przed nim zostanie pewnie poddany kąpieli antybakteryjnej.
Ma pan tu zapas wody — mówił robot — i wodę bieżącą. Jedzenie będzie dostarczane. Ma pan też możliwość wyglądania. Przesłony iluminatorów sterowane są z tej tablicy. Są zamknięte ale jeśli życzy pan sobie oglądać kosmos…
— W porządku, chłopcze — powiedział pośpiesznie Baley. — Zostaw je zamknięte.
Zwrócił się do robota „chłopcze” zgodnie z ziemskim zwyczajem ten jednak nie okazał niechęci. Oczywiście, nie mógł. Zakazywały mu tego Prawa Robotyki.
Robot pochylił swój wielki metalowy korpus, jakby kłaniał się z szacunkiem i wyszedł. Baley został sam w kabinie. Czuł się tu w każdym razie lepiej niż W samolocie. Samolot dawał się ogarnąć wzrokiem od końca do końca. Statek kosmiczny był ogromny, były w nim korytarze, poziomy, pokoje. Był Miastem w miniaturze. Baley mógł oddychać swobodnie.
Światła błysnęły i metaliczny głos robota przekazał instrukcje dotyczące zabezpieczeń przed skutkami przeciążenia przy starcie.
Potem został wepchnięty w sieć, zaczął działać system hydrauliczny, gdzieś daleko z łoskotem wyrywał się z dysz płomień rozpalony w protonowym mikrostosie.
Potem był świst pozdzieranej atmosfery, wciąż Wyższy, Słabnący, po godzinie już niesłyszalny.
Byli w kosmosie.
Czuł odrętwienie zmysłów, wszystko wydawało się nierzeczywiste. Mówił sobie że z każdą sekundą oddala się o tysiące mil Od Miasta i od Jessie ale ledwie to do niego docierało.
