
Na drugi dzień (a może na trzeci? — niełatwo było ocenić upływ czasu, chyba licząc godziny snu i posiłków) nadeszła chwila gdy poczuł jakby wszystko W nim się wywracało. Baley wiedział, że był to Skok, niepojęte, prawie mistyczne przejście przez nadprzestrzeń, które przenosiło statek i jego ładunek z jednego punktu przestrzeni w drugi, odległy o całe lata świetlne. Minęło trochę czasu i nastąpił kolejny Skok, znów minął czas — i znów nastąpił Skok.
Baley mówił sobie, że znalazł się o całe lata świetlne od Ziemi, o dziesiątki lat świetlnych, setki, tysiące. Nie wiedział ile. Nikt na Ziemi nie wiedział, gdzie znajduje się Solaria, mógłby się o to założyć. Nie mieli o tym pojęcia!
Poczuł się straszliwie samotny.
Potem było wrażenie zwalniania. Pojawił się robót. Jego mroczne, rubinowe oczy przyjrzały się siatce bezpieczeństwa, dokręcił sprawnie jakąś nakrętką i sprawdził szybko system hydrauliczny.
— Lądujemy za trzy godziny. Zechce pan pozostać w kabinie Przyjdzie tu człowiek, by wyjść z panem i zabrać pana do rezydencji.
— Zaczekaj — powiedział z wysiłkiem Baley. Opięty siatką, czuł się całkiem bezradny — Jaka to będzie pora dnia?
Robot odpowiedział — W standardowym czasie galaktycznym będzie…
— Chodzi o czas lokalny, chłopcze! Czas lokalny! Na Jozafata!
Robot płynnie recytował — Solariański dzień trwa trzydzieści osiem i trzydzieści pięć setnych standardowej godziny. Godzina solariańska dzieli się na dziesięć dekad po sto centad każda. Pianowe przybycie nastąpi w dwudziestej centadzie piątej dekady…
Baley znienawidził robota — za jego tępotę, za to, że zmuszał go do pytania wprost, do odsłonięcia słabego punktu. Musiał jednak spytać:
— Czy to będzie dzień?
Na koniec robot odpowiedział — Tak, proszę pana! — I odszedł.
To będzie dzień. Będzie musiał wyjść w środku dnia na nieosłoniętą powierzchnię planety.
