
Patrząc na zbliżający się kształt Dillon poczuł ukłucie potwornego lęku. Zobaczył prawdę kryjącą się na dnie własnej duszy, zaznał przerażającej goryczy samouświadomienia.
— Szybko, Dillon! — krzyknął sobowtór. — Bądź silny, śmiały, bądź rzetelny! Umrzyj, dopóki jeszcze wiesz, kim jesteś!
I Dillon zapragnął umrzeć. Z głębokim westchnieniem ulgi rozluźnił się, chcąc dać umknąć świadomości…
I nie mógł.
— Pomóż mi! — wrzasnął.
— Nie mogę! — odkrzyknęło stworzenie. — Musisz to zrobić sam!
Dillon spróbował jeszcze raz. Kształt zbliżał się coraz bardziej. Daremnie prosił, błagał o śmierć — nie potrafił umrzeć. Pozostało mu tylko jedno. Zebrał wszystkie siły i rozpaczliwie rzucił się naprzód, na majaczący przed nim kształt.
Wszystko zniknęło.
Dopiero po chwili Dillon uświadomił sobie, że niebezpieczeństwo minęło. Został sam na placu boju. Mimo wszystko wygrał!
Przed nim leżała opuszczona cytadela ego, oczekująca na zamieszkanie. Dillon poczuł przypływ szacunku dla biednego Arka. Walczył naprawdę dobrze i był godnym przeciwnikiem. Może mógłby mu zostawić trochę miejsca, gdyby Arek nie próbował…
— To bardzo miło z twojej strony, Dillon! — usłyszał. Nie miał czasu zareagować. Został pochwycony w uścisk tak silny, że myśl o jakimkolwiek oporze wydawała się śmieszna. Dopiero teraz poczuł prawdziwą moc umysłu K’egranina.
— Byłeś dobry, Dillon — rzekł Arek. — Nie musisz się wstydzić swojej walki.
— Ale od początku nie miałem żadnych szans — dopowiedział Dillon.
— Tak, żadnych — odparł uprzejmie Arek. — Sądziłeś, że wasza ziemska metoda inwazji jest wyjątkowa. Większość młodych ras tak sądzi. Jednak K’egra to bardzo stara planeta i w swoim czasie przeżyliśmy wiele inwazji, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Tak więc dla nas to nic nowego.
— Bawiłeś się ze mną! — krzyknął Dillon.
