
— Chciałem się dowiedzieć, jaki jesteś — powiedział Arek.
— Pewnie jesteś zadowolony z siebie! Niezła zabawa. W porządku, skończmy z tym.
— W jaki sposób?
— Zabij mnie!
— Czemu miałbym to robić?
— Ponieważ… ponieważ cóż innego mógłbyś zrobić? Czemu miałbyś mnie traktować inaczej niż tamtych najeźdźców?
— Niektórych z nich już spotkałeś, Dillon. Walczyłeś z Ethanem, który zamieszkiwał bagno swej rodzinnej planety, zanim zachciało mu się podróży. A małe stworzenie, które tak przekonująco szeptało ci do ucha, to Oolermik, który przybył tu niedawno, pełen zapału i energii tak jak ty.
— Ale…
— Przyjęliśmy ich, użyczyliśmy im miejsca i wykorzystaliśmy ich zdolności do uzupełnienia naszych. Razem jesteśmy czymś więcej, niż bylibyśmy osobno.
— Żyjecie razem? — wyszeptał Dillon. — W jednym ciele?
— Oczywiście. Dobre ciało to w Galaktyce rzadkość i nie można marnować okazji. Poznaj innych, Dillon.
Dillon znów zobaczył bezkształtne stworzenie z bagna, pokrytego łuskami Oolermika i tuzin innych.
— Przecież to niemożliwe! — wykrzyknął. — Obce rasy nie mogą żyć razem! Życie to walka i śmierć! To podstawowe prawo natury.
— Tylko we wczesnych stadiach rozwoju — odparł Arek. — Już dawno temu odkryliśmy, że współpraca oznacza przetrwanie i to w znacznie lepszych warunkach. Przyzwyczaisz się. Witamy w federacji, Dillon!
I wciąż oszołomiony Dillon wkroczył do cytadeli, by zamieszkać w niej wspólnie z licznymi przedstawicielami innych planet.
