
William Tenn
Najemcy
Gdy panna Kerstenberg, sekretarka Sydneya Blake’a poinformowała go przez biurofon, że przyszło dwóch panów, którzy wyrazili pragnienie wynajęcia pomieszczeń w ich budynku, jego: „No, cóż, wprowadź ich, Esther, wprowadź ich zaraz” było tak uprzejme, że mogło odkręcić słoik wazeliny. Minęły dopiero dwa dni, od kiedy Wellington Jimm i Synowie, Handel Nieruchomościami, mianowali go stałym agentem w biurowcu McGowan i perspektywa pozbycia się paru pomieszczeń w tym „Starym Niewynajmo-walnym” już na początku pracy była dla niego nadzwyczaj miła.
Jednakże, gdy tylko ujrzał przyszłych najemców, stracił nieco pewności siebie. Powodem było praktycznie wszystko.
Obydwaj byli dokładnie identyczni pod każdym względem, z wyjątkiem rozmiarów. Pierwszy był wysoki, bardzo, bardzo wysoki — ponad dwa metry, ocenił Blake, gdy wstał, aby ich powitać. Jego postać był wygięta w dwóch miejscach: do przodu na wysokości bioder i do tyłu na wysokości ramion, co robiło wrażenie, jakby zamiast stawów miał zawiasy. Za nim toczył się mężczyzna — pączek, karzeł nad karzełki, ale poza tym bliźniak tego wyższego. Obydwaj byli ubrani w nakrochmalone białe koszule i czarne kapelusze, czarne płaszcze, czarne krawaty, czarne garnitury, czarne skarpety i buty tak nieprawdopodobnie czarne, że w ogóle nie odbijały promieni światła, które zabłądziły w ich stronę.
Zajęli miejsca i uśmiechnęli się do Blake’a — unisono.
— Mhm, panno Kerstenberg — zwrócił się do sekretarki, która jeszcze stała w drzwiach.
— Tak, panie Blake? — odpowiedziała natychmiast.
— Mhm, nic, panno Kerstenberg. Zupełnie nic.
Patrzył z żalem, jak zamyka drzwi i usłyszał skrzyp krzesła obrotowego, gdy zabierała się do pracy przy swoim biurku. Co za nieszczęście, że nie będąc telepatką, nie mogła odebrać jego błagalnej myśli, aby została i wsparła go na duchu.
No, cóż. Trudno oczekiwać, żeby najlepsza firma w mieście, Dun i Bradstreet, wynajmowała biura w McGowanie. Usiadł i poczęstował gości papierosami i nowiutkiej papierośnicy. Odmówili.
