
— Na dół? Na dół?
— No i jak, panie Blake? — zwrócił się do niego ten wysoki.
— Czy nieruchomość jest w dobrym stanie, czy też nie?
— O, jak najbardziej w dobrym — przytaknął Blake. — Ale nie w tym rzecz.
— Tyle że nas nie obchodzi, w czym rzecz — mały pociągnął wysokiego. — Wynośmy się stąd.
— Już — odrzekł wysoki. Zgiął się i podniósł swego towarzysza. Złożył go w dwóch miejscach. Potem zwinął go dokładnie i wsunął do prawej kieszeni płaszcza. Wszedł do windy. — Jedzie pan, panie Blake?
— Nie, dziękuję — uśmiechnął się Blake. — Spędziłem zbyt dużo czasu, próbując się tu dostać, żeby tak szybko stąd wychodzić.
— Jak pan sobie życzy — kiwnął głową wysoki. — Na dół — polecił windziarzowi. Gdy został sam na trzynastym piętrze, Sydney Blake odetchnął głęboko. Tyle czasu to zajęło! Podszedł do drzwi na schody, których tyle razy szukał i pociągnął je. Nie puszczały. Dziwne. Pochylił się i przyjrzał dokładnie zamkowi. Nie były zamknięte. Musiały się zatrzasnąć. Trzeba przysłać ślusarza, żeby się tym zajął. No i proszę. Może odtąd będzie miał dodatkowe piętro do wynajmu w starym McGowanie. Trzeba je uporządkować.
Ale jak wyglądał budynek od zewnątrz? Znajdował się przy następnym oknie, więc spróbował wyjrzeć. Coś go zatrzymało. Okno było otwarte, ale nie mógł przełożyć przez nie głowy. Wrócił do okna, przez które wtedy wyglądał. To samo.
I nagle zrozumiał.
Pobiegł do windy i rąbnął pięścią w guzik. Przyciskał go, oddychając coraz szybciej i szybciej. Przez okienka w drzwiach widział, jak windy jadą do góry i na dół. Ale żadna nie stawała na trzynastym piętrze.
Bo już nie było trzynastego piętra. Tak naprawdę, to nigdy go nie było. Kto kiedy słyszał o trzynastym piętrze w budynku McGowaha?
