
— O, pan Blake — zdziwił się ten wysoki. — Co za niespodzianka. Cóż możemy dla pana zrobić?
— Jak się pan miewa, panie Tohu? — rzekł Blake. — Czy też może Bohu? — Odwrócił się do jego towarzysza. I pan, panie Bohu — czy raczej, bo i to możliwe, Tohu — ufam, że wszystko w porządku? To dobrze.
Przez chwilę chodził po pustym, wielkim biurze i po prostu patrzył. Nawet przepierzenia zwieziono na dół. Byli sami tylko we trzech, na trzynastym piętrze.
— Czy ma pan do nas jakiś interes? — zagaił wysoki.
— Jasne, że ma do nas interes — przerwał mu mały ze złością. — Musi mieć do nas jakiś interes. Tylko wolałbym, żeby się pospieszył i zaczął mówić, o co mu chodzi.
Blake skłonił się.
— Paragraf dziesiąty, punkt trzeci waszej umowy: „… najemca zgadza się następnie, że po przekazaniu w porę takiej wiadomości właścicielowi, jego uprawniony przedstawiciel, na przykład urzędujący w budynku agent, będzie miał przywilej obejrzenia nieruchomości przed jej opuszczeniem przez najemcę w celu upewnienia się, że została pozostawiona w porządku i dobrym stanie…”
— A więc taki ma pan interes — rzekł wysoki ze zrozumieniem.
— To musiało być coś w tym rodzaju — odetchnął mały. — A więc, młody człowieku, gdyby mógł się pan z tym pospieszyć. Sydney Blake przechadzał się powoli. Mimo iż był nadzwyczaj podekscytowany, musiał przyznać, że nie było widocznej różnicy między trzynastym piętrem, a jakimkolwiek innym. Może poza… Tak, poza…
Podbiegł do okna i wyjrzał przez nie. Policzył w dół. Dwanaście pięter. Więc razem z piętrem, na którym był, dwadzieścia pięć pięter. Ale McGowan był budynkiem dwudziestoczteropiętrowym. Skąd się wzięło dodatkowe piętro? I jak budynek wyglądał od zewnątrz dokładnie w tym momencie, gdy jego głowa wystawała z okna na trzynastym piętrze?
Zawrócił, patrząc spode łba na G. Tohu i K. Bohu. Oni wiedzieli.
Stali przy otwartych drzwiach windy. Windziarz, niemal równie niecierpliwy jak dwaj ubrani na czarno mężczyźni, pytał:
