
— No nie.
— Posłuchaj, wiem, że ci nie odpowiada…
— Drono, nie chodzi o… — Sma nagle wstała, podeszła do kryształowej ściany i wyjrzała w ciemność.
— Dizzy… — Drona poddryfował bliżej.
— Nie nazywaj mnie „Dizzy”.
— Smo… to nie jest realne. To dubler; elektroniczna, mechaniczna, elektrochemiczna, chemiczna maszyna, kontrolowana przez Umysł, nie żyjąca samodzielnie. Nie klon ani…
— Wiem, co to jest, drono — odparła, splatając z tyłu ręce.
Drona podpłynął do niej bliżej; otaczając polem jej ramiona, delikatnie ją ścisnął. Odtrąciła te czułości, spuściła oczy.
— Potrzebujemy twego pozwolenia, Diziet.
— Tak, o tym również wiem. — Wypatrywała gwiazd zasłoniętych chmurami, przyćmionych przez światło w arboretum.
— Jeśli chcesz, możesz tu zostać — rzekł drona poważnym, skruszonym głosem. — Konferencja pokojowa jest z pewnością ważna, potrzeba kogoś, kto gładko ją poprowadzi. Co do tego nie ma wątpliwości.
— A do czego aż tak ważnego mam się na jutro przygotować?
— Pamiętasz Voerenhutz?
— Pamiętam Voerenhutz — odparła bezbarwnym głosem.
— Pokój trwał tam czterdzieści lat, ale teraz się załamuje. Zakalwe pracował z człowiekiem o nazwisku…
— Maitchigh? — Zmarszczyła czoło, odwracając się ku dronie.
— Beychae. Tsoldrin Beychae. Został prezydentem skupiska w rezultacie naszej interwencji. Gdy był przy władzy, trzymał w kupie cały system polityczny, ale odszedł na emeryturę osiem lat temu, znacznie wcześniej niż musiał, i poświęcił się studiom i medytacji. — Drona westchnął. — Sprawy się pogarszają i obecnie Beychae przebywa na planecie, której przywódcy w wyrafinowany sposób okazują wrogość siłom reprezentowanym kiedyś przez Zakalwego i Beychaego, a popieranym przez nas. Przywódcy tworzą frakcję w całej grupie. Kilka małych konfliktów jest w toku, sporo nowych się wykluwa. Mówią, że nieunikniona jest wojna na wielką skalę, z zaangażowaniem całego skupiska.
