
— O co chodzi? — spytała.
— To ci się nie spodoba — odparł drona cicho. Nieco się cofnął i pociemniał ze smutku.
Sma zawahała się. Spojrzała roztargnionym wzrokiem, przygarbiła ramiona, usiadła na korzeniu drzewa, mnąc suknię, która opadła wokół jej nóg.
— Chodzi o Zakalwego?
Drona mignął tęczą zdumienia. Tak szybko, więc może szczerze, pomyślała Sma.
— A to dopiero! — powiedział. — W jaki sposób…?
Zbyła jego pytanie.
— Nie wiem. Ton głosu. Ludzka intuicja… po prostu jak zwykle. Zaczynałam się już za dobrze bawić. — Przymknęła oczy i oparła głowę o chropowaty ciemny pień. — A więc?
Drona Skaffen-Amtiskaw obniżył się na wysokość jej ramion i podpłynął bliżej.
— Znów go potrzebujemy — powiedział.
— Chyba właśnie o czymś takim myślałam — westchnęła Sma, odganiając z ramienia jakiegoś owada.
— Zgoda. Sądzę, że nic go nie zastąpi; to musi być on we własnej osobie.
— Ale czy to muszę być ja we własnej osobie?
— Taka jest… ugoda.
— Cudownie — odparła Sma kwaśno.
— Przedstawić ci pozostałe sprawy?
— A mają się lepiej?
— Nieszczególnie.
— Do diabła! — Sma klepnęła się dłońmi po udach i zaczęła je masować. — Równie dobrze możesz mi wszystko od razu powiedzieć.
— Musisz jutro wyjechać.
— Och, drono, przestań! — Ukryła twarz w dłoniach. Spojrzała w górę. Bawił się gałązką. — Żartujesz.
— Niestety, nie.
— A tamto? — machnęła ręką w kierunku drzwi prowadzących do hali turbin. — A konferencja pokojowa? A te wszystkie szumowiny o spoconych dłoniach i malutkich oczkach? A trzy lata wysiłku? A ta cała cholerna planeta…?
— Konferencja będzie kontynuowana.
— Jasne, ale co z „decydującą rolą”, którą podobno miałam odgrywać?
— Ach! — Drona przysunął gałązkę do wrażliwego na bodźce paska na swej obudowie. — Właśnie…
